I tak oto — filozofował dalej — dusza współczesna skacze jak piłka między twardym kowadłem nauki a lekkim młoteczkiem dziennikarza. I cóż dziwnego, że w takich czasach tryumfuje duch kobiety? One są lekkie i elastyczne.
Jelsky tonął w fotelu i ćmił gwałtownie cygaro. Nagle, nie podnosząc głowy:
— Ty! — Słuchaj, co ja myślę!
Rzucił okiem na łóżko Müllera i znów poczerwieniał w jednej chwili. — Nie ma szelmy — uciekł łotr! — I przed kim ja będę teraz gadał? Przed kim myślał?...
Teraz mogę iść i zagrać w domino z sąsiadem kamienicznikiem... Tak — domino jest głęboką filozofią dla ludzi mających senne sumienia wołów... Moja Zosiu, widzisz, rzecz jest taka, że ja się coś nie coś boję, tylko nie kanarka, lecz diabełka, żeby mnie znowuż nie odwiedził. Nie ciebie mi, Zosiu, potrzeba, ale jakiegoś gmaszyska wiedzy i nauki, abym mógł w cieniu tej piramidy odpocząć choć na chwilę. Potrzeba mi olimpijskiej brody królewskiego profesora i radcy dworu, abym mógł wyśmiać razem z nim tę „nową blagę” i zmiażdżony wiedzą podręczników zasnąć snem fizjologicznie prawidłowym... Nie trzeba mi, Zosiu, klucza od twego zatrzasku, lecz klucza do mych myśli swobodnych, trzeba mi filozofującego opryszka, aby mi skrzydeł użyczył swoich i pomógł przeskoczyć przez... twego kanarka, Zosiu, co już nie śpiewa.
Przeskoczyliśmy w życiu tyle przeszkód w steeple-chase167 artystycznym, że nie potkniemy się chyba o ten... sentymencik polski... (Mam go zresztą w mocnym podejrzeniu o niesmaczne reminiscencje powieściowe!)
Hopp!... — Oj nie! — Jelsky prężył ramiona.
Przyjacielu! — Müllerze! — Pająku!
I nagle przypomniało mu się: — „La sacra visione di te imploro, Beatrice mia!”
Gwałtowny wybuch szalonego śmiechu pchnął go na fotel. Rzucał, trząsł i miotał nim ten śmiech, podobnie jak śmiertelny kaszel chorym ciałem jego przyjaciela.