Wyszedł z najwyraźniejszym zamiarem pójścia do Borowskiej, po niespełna pół godziny znalazł się niespodzianie na obcych schodach obskurnej kamienicy. Na drzwiach znalazł bilet wizytowy: Jan Kunicki, cand. med.168 — „I po co ja tu?!”... — Jelsky’emu chłód po ciele przebiegł. „Po co ja tu?!... Czyżby mną już co innego rządziło, niźli wola moja?... Komm, folge mir in das dunkle Reich169... A niech się dzieje co chce!” — Zadzwonił gwałtownie.

U Kunickiego zastał wielki nieład: stosy książek i papierów porozrzucane na ziemi, kufry na środku pokoju, naokół pełno ogarków od cygar i niedopałków po papierosach. Kunicki leżał na otomanie. Podał mu rękę milcząc i wskazał niedbale na krzesło.

— Ja do pana właśnie iść chciałem — rzekł spokojnie, prawie sennie.

— Pan? — Jelsky musiał się powstrzymać, aby nie wzruszyć ramionami. „Skądże? — myślał. — Po co? I co za konfidencja170 nagła?” — Nie zdejmując palta, siadł konno na krześle i wsparł głowę na poręczy. Przypatrywał się Kunickiemu uważnie, badawczo, uparcie.

— Panie Kunicki, właściwie co się z panem dzieje?!

— Wyjeżdżam — mruknął.

— Widzę. Lecz czy nie należałoby wprzódy chociażby spróbować. Jak można pozwalać się tak maltretować życiu?

— Nie rozumiem. Czego ja mam próbować? Nie mam nic do zyskania, mogę tylko wszystko stracić.

— Ach, tak!