— Po części jużem stracił. Mówię szczerze, ponieważ nie znajdowałem nigdy rozkoszy w obełgiwaniu siebie lub ludzi. Widzisz pan, dla człowieka pracy i ładu nie ma nic straszniejszego w życiu nad te... nie wiem, jak powiedzieć... teatralne w życiu efekty. Zaprowadź pan kiedy młodego rzemieślnika, który nigdzie poza swą ulicę nie wychodził, na jakąś czarodziejską feerię; pokaż mu pan rusałki, najady, waligórów, wyrwidębów; przez tydzień będzie chodził jak struty. Własne życie wyda mu się nagle szare, nudne, brudne.
— No tak — potakiwał Jelsky. — A co gorsza, własne łydki tak rozpaczliwie, tak beznadziejnie i żałośnie chude, że młody pracownik szydła i dratwy gotów je sobie nadsztukować w spodniach.
— Takie rzeczy robią tylko literaci — prostował Kunicki spokojnie. — Idzie o to życie nasze mizerne, o te zbyt silne blaski w bezświetlne godziny codzienności. Każde niespodziane silne i wielkie uczucie jest tym ogniem bengalskim, w którym wszystko nowe i obce wydaje nam się światem z czarodziejskiej bajki, a my sami tak ogromnie nikczemni i pospolici.
— Tak — potakiwał Jelsky niedbale. — Ale w panu zanosi się coś na dłuższą prelekcję. Czy — (Jelsky oglądał się po pokoju) — czy w gospodarstwie nie ma przypadkiem koniaku? — (Spostrzegł na oknie butelkę wraz z kieliszkiem i sięgnął po nią.) — Zmieniają się coś obyczaje; byłeś pan, o ile wiem, anty-alkoholikiem... Koniak — mówił, przełykając pierwszy kieliszek — jest napojem mistycznym: nalewką na sumieniach samobójców.
Kunicki spojrzał na niego wzgardliwie i zwiesił wargę.
— Albo ta pańska wymowa, ten ustawiczny ferment i musowanie wina w głowie. I to mi kiedyś strasznie imponowało. Pamiętasz pan: rozbeczałem się wtedy w kawiarni. Dziś słucham ze współczuciem: panu coś bardzo dolegać musi...
— Najbardziej pańska nie dość treściwa wymowa. Czuję, że będę panu musiał opowiedzieć coś... coś mniej wesołego i że bodaj na to tylko tutaj zabłądziłem. Krzepię więc ducha i — słucham — tymczasem słucham.
Ale Kunicki tkwił widocznie uparcie w pierwszej swej myśli.
— Panie Jelsky — rzekł — wyście mi wszyscy wtedy nawet w kawiarni i tynglu, strasznie zaimponowali. Artyści!... Oto jest życie... To jest świat! — Miałem, widzisz pan, w duszy ten ogień sztuczny, który was wszystkich oświecał... Dawniej — mówił po krótkim milczeniu — miałem na wszystko jasny, spokojny i trzeźwy sąd; dziś tu, w głowie, pozasuwały mi się jakieś pstre kulisy, pozapalały się jakieś sztuczne efektowne blaski. Wyobraźnia (ja dawniej nie miałem wyobraźni!) stała się rekwizytornią bohaterskich kostiumów dla błaznów i komediantów.
— O! — szarpnął się Jelsky i skoczył z miejsca.