Kunicki sięgnął znowuż po papierosa (na podłodze leżały już całe stosy niedopałków), przez dłuższą chwilę milczał, nagle uniósł się na łokciu i, patrząc niespokojnie na Jelsky’ego, zagadnął:

— Co porabia Zosia Borowska?

Jelsky odwrócił się od tego spojrzenia.

— Nie wiem — mruknął. — Czeka prawdopodobnie na kostium z pańskiej rekwizytorni. — I począł spacerować wielkimi krokami po pokoju, manewrując ostrożnie wśród książek porozrzucanych na ziemi.

Kunicki uniósł się jeszcze wyżej na otomanie: nieco przegięty tułów wspierał w ten sposób na wyprężonych w tył ramionach. „Przecież to jest męczennik — pomyślał Jelsky, spojrzawszy na jego bladą twarz i ten ruch bezwładny. — Hiob na kupie gnoju!”

— Ją zostaw pan na uboczu — prosił tymczasem Kunicki. — Jej nie dotykajmy naszymi językami. Mowa nasza jest nieczysta: plami nam wszystkie uczucia, bryzga kałem na wszystkich ludzi. I czym mi ona zawiniła? Co winien kwiat słoneczny, że się niejeden motyl jego nektarem struje? Co winien płomień, że niejedna ćma w nim się spali? Co winno słońce, że człowiek czasem tak bardzo cierpi?

— Bardzo efektowne choć staromodne kostiumy posiadasz pan w swej rekwizytorni!

— Ja bym ją po nogach całował i przepraszał — mówił Kunicki już niemal obłędnie zapatrzony gdzieś w kąt sufitu — po stopach całował i przepraszał za te uczucia, jakie we mnie wzbudziła.

— Jakież to uczucia?

Kunicki zdał się namyślać przez chwilę.