— Namiętność — rzekł wreszcie z dziwnym spokojem. Dla Jelsky’ego ten gnuśny, pełny umęczenia spokój miał w sobie coś z ohydy; wzdrygnął się: „Tak chyba ślimak w kałuży rozmyśla nad miłością”.

— Pan jesteś szczery — rzekł.

— Chcę spojrzeć na to wszystko, jasno, trzeźwo, aż do obrzydliwości, aż do wstrętu. I dlatego czynię sobie tę krzywdę, że mówię głośno przed cynikiem. To pomaga nieraz bardzo. Jestem panu szczerze wdzięczny za wizytę. Sam się do niego wybierałem... Co pan o mnie myśli, o to nie dbam... Widzisz pan, bywają rzemieślnicy, z tych słabowitych, marniejszych, rozmarzonych... taki, raz zobaczywszy scenę, zamarzy o kulisach i przepadnie wśród bandy cyganów jako najmizerniejsze popychadło.

— Et! — szarpnął się niecierpliwie Jelsky. — Zjedz pan obiadek w towarzystwie Lili i przejdzie. Nie ma z czego robić weltschmerzu171. Za kulisy pan nie pójdziesz i ta wstrzemięźliwość przyjdzie panu nawet łatwo.

— Diabła tam! — krzyknął Kunicki i zarzucił dłonie na czoło. — Diabła tam! Pójść może i nie pójdę, ale ja chcę być takim jak dawniej! Pamiętasz pan tę naszą rozmowę w kawiarni: „Gorycz, obrzydzenie, wstręt!” — oj tak. Ta droga mego życia wydaje mi się teraz taką szarą, pustą i tak nieskończenie zbyteczną.

Borowski — mówił po dłuższej przerwie, zapatrzony gdzieś błędnie — Borowski opowiadał mi raz swoje dzieje. A potem, pamiętam jak dziś: długie i smutne kominy patrzały martwo w dal pustą i niemą. On narzucił się wtedy na mnie. „Widzisz — wołał — dawniej ludzkie namiętności były życia i pracy ramieniem i młotem, dawniej bogowie nie wstydzili się swych namiętności. Dzisiaj są one od biurka i maszyny precz wyklęte i gdzieś głęboko, głęboko pod ziemią zaryte, aby życiu nie przeszkadzały. Ty dzisiaj o nich nic nie wiesz. — Dzisiaj — mówił Borowski — bogów nie ma; ale i bogów namiętność stać by się musiała w potępieniu gnuśną, jadowitą, trawiącą”.

„Dziś mamy rozsądek” — powiedziałem mu. „Macie rozsądek! — krzyczał. — A jednak słyszysz: oto maszyny do snu legły, a gdzieś w pomrokach kamiennych w ciszy umęczonych dusz i ciał rozlega się nagle straszny, beznadziejny krzyk! Otwarły się podziemia wasze i cuchną. Zrozumiałeś, kto je otworzył? Kto jest bólu waszego krzykiem po nocy? Zrozumiałeś, za co mu ludzie dają łzy swoje? Święte i czyste łzy tęsknoty?” — Wtedy powiedziałem: „komediant”, dziś wiem, kto jest tym krzykiem po nocy.

Jelsky przysłuchiwał się temu z uwagą.

— No? — pytał niecierpliwie.

— Artysta! — odparł Kunicki z naciskiem. — Wy, wy jedynie potraficie dziś i kochać, i cierpieć. Wy jesteście naszego bólu krzykiem po nocy... My dziś możemy dać tylko — łzy naszej tęsknoty.