Kunicki tonął spojrzeniem gdzieś w dali: widać było, że obrazy i słowa wspomnień więżą mu myśl; przeżywał je po raz drugi z głuchym, zawziętym uporem:

— Oto w pomrokach kamiennych w ciszy umęczonych dusz rozlega się nagle straszny krzyk po nocy. Budzi się namiętność, bucha płomień duszy! I gaśnie. Pozostanie — jeden, dwa trupy i otwiera się nagle przepaść bólu i cierpień.

— Co to znaczy?! — krzyknął nagle Jelsky i przystanął tuż nad nim.

— Borowski tak mówił.

— Aha, tak!... Więc tak Borowski mówił?...

Kunicki tymczasem snuł dalej swe nici pajęcze.

— Ale za dnia przepaść ta już głucha, już zimna, ziejąca tylko dusznym czadem zgniłych wyziewów!... Bo my jesteśmy dniem. A wraz ze świtem odżyły już maszyny i zamarli ludzie. My, ludzie dnia, wzdrygamy się na te wasze nocne, podziemne sprawy. Nasze namiętności są przecież głęboko, głęboko pod ziemią zaryte, aby życiu nie przeszkadzały. Za dnia snują się już tylko rude, ciężkie kłębiska dymów: rozpacz po ziemi chodzi. Długie i smutne kominy fabryczne patrzą martwo w dal pustą i niemą.

W dal pustą i niemą — powtórzył raz jeszcze. — Nas nie stać na siłę uczucia. Ono nam odbiera tę moc i pewność w życiu, jakie daje automatyzm, to oparcie w niedoli i smutku, jakiego łaskawie udziela maszyna i biurko.

Jelsky zwiesił głowę.

Tiens! — cmoknął. — To jest stimmung172 kapitalny! Czy pan nie pisujesz przypadkiem wierszy?