Na Kunickiego uderzył pąs. Jelsky sięgnął machinalnie po jakiś zeszyt na stole, lecz nie długo trzymał go w rękach. Kunicki wydarł mu go sprzed oczu i rzuciwszy się znowuż na otomanę, ciałem przysłaniał ten zeszyt.

Jelsky śmiał się szeroko: „Doctor medicinae et chirurgiae173! Dobrze dzieje się na świecie! — Zosiu, Zosiu poczciwa, cóżeś ty zamętu wokół narobiła!”.

Kunickiemu drżały wargi.

— Czyś pan myślał kiedy — mówił szybko, aby zagadać niemiłe dlań zajście i odwrócić myśl Jelsky’ego w drugą stronę — czyś pan się nie zastanawiał nad tym, do jakiego absurdu doprowadzi nas kiedyś praca. Ha, ha! „Praca rozkoszą!”, „praca obowiązkiem!”, „praca świętością!” — a jej sakramentem podział! — Podział pracy w nieskończoność!

— Panie, czym nie myślał! — Jelsky zakrzątał się nagle wesoło i zacierał ręce. — Gotuję zbiorek kaligraficzno-umoralniających wzorków dla młodzieży. Znajdziesz tam pan między innymi następujące sentencje: „Podział pracy ogłupia uszlachetniająco, miłość ojczyzny to sumienność w swym dziale pracy. — Czas to pieniądz, moralność zmienia się wraz z czasem. — Jedno marzenie więcej, jeden grosik mniej. — Ora et labora174, przyjdzie patriota, co z tego skorzysta. — Cierpliwość i praca jednych uszlachetnia, a drugich wzbogaca”... Mam i drugi zbiorek, tak zwany „filantropijny”, dla poprawy charakteru zgrzybiałych bankierów; posiadam i trzeci, „savoir vivré’owy”, dla młodych artystów poszukujących mecenasów. Panie Kunicki, czego ja nie mam w tece?... Tymczasem w tej tece to wszystko spoczywa! — Jelsky plusnął dłonią w czoło.

A potem obejmując Kunickiego wpół:

— Jak Boga kocham, panie Kunicki, przy panu myśli się równie dobrze, jak przy Müllerze. Mnie aby tylko ruch myśli pod czyją czaszką odczuć! Jestem jak ten koń wyścigowy, póki w stajni, póty drzemie; niech ptaka zobaczy — już ścigać się gotów. Dlatego też pasjami lubię kobiety!

Kunicki próbował się uśmiechnąć, ale niebawem machnął ręką. Chmurzył się póty, póki myśli swojej nie znalazł, po czym rozjaśniła mu się nieco twarz.

— Widzisz pan, ten podział pracy tak człowieka stoma łańcuchami do miejsca i czasu kiedyś przykuje, że gdziekolwiek się ruszy, natrafi na zimny metal maszyny, każde jego spojrzenie w dal przysłonią kłębiska dymów. Tylko długie i smutne kominy fabryczne będą patrzały martwo w dal — w dal pustą i niemą.

— I czy pan o tym pisze poezje? To może być wprost kapitalne.