— I będą te kominy widziały w dali jakieś złowróżbne znaki, Bożego gniewu ciche ostrzeżenia, jakieś dymne Mane Tekel Fares175 zawisłe ponad światem. Ale kominy nikomu tej tajemnicy nie zdradzą: ludzie mali, nikli, gdzieś tam wśród trybów maszyn na dole zagubieni nic o tym wiedzieć nie będą... Sztuka? Wtedy tym namiętniej ludzie do sztuki wyciągać będą ramiona, bo życia już wcale wówczas nie będzie! A wy, co ją tworzycie, wy życiem głodni i na jałowej pustyni za życiem zrozpaczeni, wy z krzyków nocy sztukę robić będziecie chcieli. Ale wasza sztuka na was samych się zemści, zaszczepi wam ten obłęd, którym się już dziś bawicie — zaszczepi wam — Furor Aphrodisiaca176!...
Jelsky zerwał z siebie palto, cisnął je gdzieś w kąt i przysiadł się do Kunickiego.
— Pan masz talent! — krzyknął. — Jak Boga kocham! Rękopis proszę. Przetłumaczy się. W gazecie się umieści. Reklamę się zrobi. Z góry wiem, że tam jest talent. I niech się pan nie rumieni. To się zdarza w najlepszych rodzinach. — (Zosiu, Zosiu poczciwa, cóżeś ty zamętu w świecie twórczości narobiła!) — Pańskie rzeczy, czuję to, muszą być wprost wizyjne. Tam było coś: „pozostanie jeden, dwa trupy i otworzy się przepaść bólu i cierpień”. Panie, to jest wróżba wprost, jasnowidzenie!... Trans w sztuce sprowadzi się kiedyś wprost do somnambulizmu, gadania nie ma!... Ale! — Ja pierwszy raz spojrzałem właściwie na pańską twarz. Pan masz kapitalnie mocno narysowaną głowę. Sprowadzi się tu malarza. Niech prosi, aby mógł portret zrobić... Panie Kunicki, pójdziemy się upić dzisiaj — co? Wiesz pan co? — Pójdziemy do tynglu — Yvetta daje drugi koncert. — (Jelsky potrząsał prawicą Kunickiego). — My się zaprzyjaźnimy, panie Kunicki! Medycynę pan, oczywiście, rzucasz, bo to jest przecie do cholery! Sztuka to jest wielka rzecz. Nie ma nic innego na świecie!
Kunicki patrzył na niego spode łba, niedbale, otwierał szeroko oczy i ćmił papierosa. W oczach Jelsky’ego rozdarł zeszyt na dwoje i tuż spod jego rąk cisnął kajet w kominek, gdzie tliły się jeszcze jakieś listy i papierosy. Jelsky zdążył go pochwycić za poły, przyciągnąć do siebie i powalić na otomanę. Sam zaś przypadł na kolanach do kominka. W tejże chwili buchnął płomień tak silnie, że Jelsky rzucił głowę w tył i zerwał się z kolan.
— Idiota i szubrawiec! — krzyknął w pasji.
I narzucając na ramiona palto, szarpał je i wołał gorączkowo:
— Można filistrów orzynać co się da, długów nie płacić, dziewczyny gwałcić, przyjaciół oszukiwać, żony cudze uwodzić, ale takiego chamstwa, jak Boga kocham, nie popełniłem nigdy. Na to trzeba być chamem z urodzenia i karierowiczem z odziedziczonych skłonności! Trzeba być łykiem z krwi i szpiku, niedołęgą, który zamiast brać, czego nie dają, filozofuje o miłości i boi się jej!
Kunicki podniósł się ciężko i niechętnie.
— Przede wszystkim, pan wzbudzasz tylko współczucie tym doszukiwaniem się genialności — w innych. Mnie tego ćwieka losy oszczędziły; wiem, że tamto jest w każdym razie mniej warte od pańskich nadziei... A co się tyczy pańskich grubiaństw, to nie chcę iść za kulisy życia! Nie chcę dać się omamić teatralnym efektom! Ja muszę się zmóc i zostać tym, czym być zamierzałem: człowiekiem pożytecznym! Zrozumiano?
„E, to jest idiota!” — zdecydował Jelsky w myślach i nie raczył nawet odpowiedzieć.