— Nie radzę, panie Pawluk, nie radzę tutaj tak duszy leczyć. Myśmy już o 300 lat od tego oddaleni. — (Wyjął z kieszeni rewolwer i podsunął mu go pod oczy). — Nie, nie! — śmiał się i naśladował jego głaskanie po ramieniu. — Ja nic złego przecie — wąchać tylko daję. Rozumu uczę.
— Widzisz jaki! I za to nie cierpię. Wszystkich ja nienawidzę. — (Chmurzył się, szarpał, wreszcie znów się go za ramię uczepił). — Panie Jelsky, po co pan taki?
— Jaki?
— Ja sam nie wiem! Zdawałoby się, że człowiek dobry, sierdieczny — a w oczach coś siedzi takiego... Źle, panie Jelsky, źle!... Ja czuję, że panu bardzo źle na świecie.
— Odczepże się pan!
— Pan się ubrał, żeby wyglądać jak ten Niemiec, jak drugi Niemiec, jak trzeci Niemiec... Ubierz się, jak chcesz — wszystko jedno, skóry nie zmienisz. A skórę u pana to ja inną czuję.
Jelsky poklepał go po ramieniu.
— No, dobrze, dobrze.
— Ja mądrzejszy od pana, klepać nie ma za co.
— Mądrzejszy — rzekł Jelsky poważnie.