Szedł wiatr świeży i miękki, niosący mokrą woń świeżo zoranej ziemi.
— Ano, wiosna! — mruknął Jelsky. Skrzywił się, splunął i wstąpił na schody, wiodące do Borowskiej.
Bawił niedługo. W niespełna pół godziny uchyliły się drzwi wchodowe181. Jelsky wysunął się na schody i szeptał coś niecierpliwie do wnętrza. „Trudno, ja nie mogę mieć zawsze jednakich myśli!... Zajęcia są! Mężczyzna jest nieco odmienny od was kobiet... Trzeba się przemóc.... I czego ty się właściwie boisz?... Przyślę tu kogo... I w tym ubraniu!... Białą koszulę widać po ciemku. Okno jest naprzeciw... Zaziębić się łatwo”.
Zatrzasnął drzwi i stłumił tym czyjś płacz. Zaledwo krok postąpił, potknął się o coś na słomiance. Podniósł jakiś pęk z ziemi i zniósł o pół piętra niżej, do światła. W ręku trzymał zdeptaną i obłoconą przed chwilą garść białych lilii... I w tejże chwili zdało mu się, że tam wyżej, pod tym oknem, na które zwracał jej uwagę, ktoś jęknął i osunął się głucho na schody. Jelsky rzucił kwiaty jak oparzony i wyskoczył na ulicę...
„Ratuj ty siebie! — krzyknęło coś w nim. — Rób coś, opanuj się wolą!... Już ciebie ze wszystkich stron opadają upiory”.
A myślom przypomniało się natrętnie:
Komm, folge mir in das dunkle Reich hinab182!
„Ludzi, jak najwięcej ludzi!” — wołało coś w Jelskym — ruchu, życia, gwaru ulicznego. Ten młyn miejskiego życia potrafił przecież zagłuszać najdokuczliwsze myśli, największe bóle. Nieraz zdawało się Jelsky’emu w takich chwilach, że ludzie naokół udają tylko jakąś pilną krzątaninę, wytwarzają umyślnie jakiś chaotyczny i bezsensowny wir, na to tylko, aby móc nie myśleć o sobie. Jakoż, idąc teraz przez ulicę, miał wrażenie, że wszystko naokół wpadło w jakiś dziwaczny i szalony taniec. Rozsnuła się mgła i tłumy wysypały się jak mrówki po deszczu. Snuły się, płynęły, przeplatały w korowodach, wygarniały w boczne ulice, sypały się jakby w popłochu z zaułków, wbijały się klinem w inne fale i rozsnuwały pod murami w nieskończone czarne i ruchliwe wstęgi. Zaś na placach — tam, gdzie powozy zbijały się w nierozwikłane węzły, gdzie tramwaje i omnibusy, kłócąc się ze sobą dzwonkami, tworzyły jakieś zawały nie do przebycia — tam zlewający się zewsząd tłum porywało coś jakby w nagłe, pośpieszne i gwałtowne ruchy. Wśród dzwonków, krzyków, gwizdu i łoskotu, wszystko, co żyło, wpadało, zda się, nagle w jakiś szał i wir kankana.
Jelsky lubił i ten tyngiel183. Ale dziś po raz pierwszy uczuł się tylko widzem: on jeden nie brał w dzisiejszym spektaklu żadnego udziału.