— Zły znak — rzekł do siebie. — To jest bardzo zły znak!
„A więc do kawiarni” — kontrolował swe zamiary, dosyć późno, bo wtedy dopiero, gdy zasiadł przy stoliku. Wraz z butelką wina przyniesiono mu i pocztę. (Jelsky wszystkie swoje sprawy załatwiał w kawiarni). Listów wszakże nie przeglądał, korekty robić mu się nie chciało. Siedział w cylindrze na głowie, dłubał w zębach wykałaczką, popijał winem i rozmyślał:
„Kryształowy, niezmącony sentymentem szczyt cynizmu jest rzeczą niedościgłą dla nas. Brakuje nam głębokiej filozofii pieniądza, bez której z falą popłynąć niepodobna. Toteż prędzej czy później na piasek wyrzucić nas ona musi... Jakże to Hertenstein mówił? »A ja poprzez męty uczuć waszych, biedni, sentyment widzę. — Przepadniemy«... I on także. — Co robi na przykład między nami ten blady sceptyk nielitościwy jak sumienie? Ten znudzony Jeremiasz z kruczą wróżbą zagłady? Ten między tyngle zabłąkany germański romantyk z koturnowym sentymentem swej muzyki, nieznoszącym profanacji tłumu?... I ten drugi na pół dziki aktor ze swoją tragedią instynktów? Serdeczny męczennik najwyższego ich popędu, z którego wszelka sztuka się rodzi: instynktu do udawania i aktorstwa?... I oni wszyscy wraz ze swoją boleścią?! Czyżby to był tylko do kupy naspędzany żer dla polipów?...”
I coś jakby siłą odwróciło mu głowę w stronę tego stołu, przy którym siedział wczoraj wraz z całą gromadą. Nawał wspomnień rzucił mu się do głowy. Aby je stłumić, począł coś rysować na marmurowym stole. Od niechcenia wylitografował na nim gotyckie: Wein, Weib und Gesang184, po czym zmył to palcem i wśród modnych wykrętasów oraz płynnych linii napisał: Wódka, prostytutka i nastrój. — Ale oczy mimo wszystko odrywały się co chwila i wracały w tamtą stronę. Bo gdy nie patrzał, miał wrażenie, że z tamtego kąta wlepiają się w niego oczy polipów, wypukłe, iryzujące185, potworne ślepia mątw, i że oto wyciągają się ku niemu olbrzymie mięsiste ramiona, pełne obrzmiałych, śluzowatych i chciwie otwartych ssawek...
„Ssać, ssać i ssać! A wyssaną muchę odrzucić precz! I sięgać dalej, szerzej, wyżej!”...
I wydało mu się w tej chwili, że tuż obok niego siedzi Borowski, a po drugiej stronie Hertenstein, i że skuwa ich coś do siebie, obezwładnia razem... że sto nici pajęczych oplata ich powoli. Szarpnął się i rzucił jak szczupak. — Zadzwonił niecierpliwie i gwałtownie.
— Pióra! Papieru! — wołał.
Za chwilę pisał gorączkowo, gwałtownie, goniąc myśli piórem. Już kilka kartek na bok odrzucił, gdy usłyszał nad sobą nosowy głos, akcentujący niedbale nonszalancję i lekceważenie. „A co! — pomyślał — jest już jeden z nich”.
— Co się pisze? — pytano go. — Paszkwilek?
— Hm! — mruknął potakująco i dodał niecierpliwie. — Poszedł precz!