— Tytulik?

Jelsky odczytał tym razem z zadowoleniem: Furor aphrodisiaca. Z katechizmu i praktyki życiowej nadludzi.

— Ho-ho-ho! — zaśmiał się ktoś szeroko nad jego głową. — Bój się Boga, Jelsky, tyś już dowcip stracił, kiedy możesz takie rzeczy pisać na trzeźwo. Pchły się pogryzły, a ty z armatą na olbrzymów ciągniesz. Kto tu cierpi na fu­ror186? Tu wszystko na zimno się robi. Jaki czytelnik weźmie się dziś na „nadludzi”? — Słówko naprzykrzyło się już na­wet przedmieściom. Pisz: „masonów”, to zawsze jeszcze naj­bardziej popłaca.

Jelsky rzucił pióro o stół. W pierwszej chwili szukał kogoś oczyma naokoło siebie. Ale nie znalazłszy w całej ka­wiarni nikogo prócz kelnerów, nie zdziwił się nawet bardzo — „I do tego dojść można!” — rzekł do siebie. — Podarł kar­tki na drobne kawałki i rzucił je w kąt. „Te wszystkie po­lipy dla mnie już nawet ciałem egzystować nie potrzebują. Ja mam je wszystkie — tu, w głowie!!”.

Dłońmi oczy przysłonił i wciskał je sobie w ciało. Ale rozbudzona myśl już mu spokoju nie dała. „Wszakże i ty by­łeś dla nich Beatryczą — podsunęła mu natrętnie. — Tylko że tobie nie pomagał zdradny Eros187, lecz poczciwy, nigdy niezawodzący Merkury188. »La tua reclama imploro — o Jelsky potente189!« — tak się większość was z głębi duszy modliła. Ilu geniuszów napłodziliśmy z tobą, poczciwy Merkury! Ilu ich rozpycha się teraz w życiu i drzemie w przedsionkach Parnasu lub w loży portiera. — Zwłaszcza tam! Bo czyż może być bardziej wymarzone stanowisko społeczne dla tych, co przeliczyli się wprawdzie w swym talencie, znają wszakże natomiast stosunki, normy i wymagania: wiedzą, przed kim można hardo łeb zadrzeć, a przed kim należy kark nisko po­chylić? Nie byle jakie to obowiązki i nie lada odpowiedzialność przed społeczeństwem! Niech tam wewnątrz trudzą się, my­ślą, męczą, szaleją, kochają i giną; portier musi mieć zawsze obiektywną i czcigodnie poważną fizjognomię kolumny. Por­tier reprezentuje przecież godność gmachu; wyszarzanym tużurkiem pańskiego dziada lub pańską liberią imponuje ulicz­nym tłumom tak dalece, że gasi doszczętnie wszelką cieka­wość tego, co się wewnątrz dzieje. A dzieje się zawsze źle: — nie tak to za starszych państwa bywało! I ludzie wierzą, że źle się dzieje. Któż bo lepiej od portiera znać może pańskie plotki?

Serdeczni moi — zwrócił się Jelsky do tego stołu w kącie, co mu wciąż oczy drażnił i przyciągał wzrok — serdeczni moi, jam was wszystkich na pegaza powsadzał. Siedźcież bodajby okrakiem, ale trzymajcie się mocno za grzywę i jedźcie powoli a ostrożnie wygodnym gościńcem naśladownictwa lub obchodną ścieżką względów i względzików. Poczciwy koń zaprowadzi was prędzej czy później do żłobu. Cierpliwości tylko!

Wam przystoi być bardziej uświadomionymi od star­szego pokolenia; toteż w zwycięskich fanfarach, wśród uro­czystych peanów na cześć Erosa, pokłońcież się choć po ci­chu Merkuremu. Innymi słowy, oddając hołdy każdy swej Beatryczy, wspomnijcie choć kiedy niekiedy dobrym sło­wem — Jelsky’ego.

Bo te dożynki wasze, polipy moje, to chyba życia mego jedyny plon będzie!”...


„Osmętniałem coś?” — Jelsky podrzucił hardo głowę. — „Trzeba zjeść kolację” — pomyślał i sięgnął po jadłospis. Lecz karta wypadła mu niebawem z rąk. „Oto są skutki ambicji! — podszepnął mu w nagłym zwrocie bies kapryśnej myśli. — Pomyślałem na chwilę tylko o pośmiertnej sławie i straciłem natychmiast apetyt... A gdyby tak do kolacji za­prosić Lili?... Albo — tiens! — Zosię Borowską! Towarzy­stwo naiwnej kobiety robi nadzwyczajny apetyt!... Nie mo­żna, niepodobna! — Łzami przesoliłaby mi wnet wszystkie potrawy”.