Począł coś kreślić ołówkiem po stole. Z bezładnie poplątanych linii wyjrzały nagle kontury ptaka.
„Chrześcijański ptaszek Feniks? — zgłębiał Jelsky własny rysunek. — Czy też... czy też — kanarek?... Oj źle!” — Jelsky przygryzł wargi.
Wychylił czym prędzej kieliszek wina i starał się ten nieznośny zgrzyt dokuczliwych wspomnień zagadać czym prędzej, zasypać nowymi myślami, pogrzebać w ironii.
„Ano — mówił do siebie, ocierając wąsy po winie — droga otwarta! Mieszkanko czyściutkie, rondle są w kuchni, po poprzedniku pozostały pantofle, z których szczęśliwie wyskoczył... Recepta żywcem wyjęta z epilogu angielskiej powieści: — Stojący nad przepaścią artysta odżył, odrodził się w miłości. Muza jego w ciepłym objęciu ubóstwianej żony pozbyła się dziwactw młodości i poczęła się udzielać często, tanio i z całym wdziękiem popularności. Muza, nie żona! Zapewnia mu to na długo ciepło domowego ogniska, poszanowanie u ludzi, jakie daje dobrobyt, oraz zasłużoną dumę, jaką darzy nas popularność”.
Jelsky parsknął śmiechem. „Nie udają mi się utopie” — zdecydował.
Ale zaledwie się ten śmiech rozwiał, wyjrzało spoza niego nieubłagane oblicze rzeczywistości z dziwnym, złośliwym uśmiechem: „Nie miniesz, nie oszukasz!” — Jelsky znowu sięgnął po wino i przepłoszył te myśli ironią.
„Co się w tej głowie Müllera w tej chwili dziać musi? Hm?... Beatrice — — puściła się!... Musisz sobie przyznać, że doświadczasz dreszczu na wskroś nowego!”
Śmiech Jelsky’ego rozległ się głośną gamą po kawiarni.
„Hm — mruknął, głaszcząc wąsy — jeżeli to żywe zainteresowanie się społeczeństwa sztuką będzie i nadal wsiąkało szczęśliwie we wszystkie pory znudzenia i bezmyślności, we wszystkie próżnie i pychy życia, należy się spodziewać, że z końcem wieku każdy szanujący się bankier będzie wymagał od swej metresy, aby dawała five o’clock’i artystyczne i w chwilach wolnych od zajęć była platoniczną Laurą lub Beatryczą dla jakiegoś młodego, pełnego nadziei geniusza. Pod koniec wieku bankierów stać będzie na przyjaciółki z uniwersyteckim nawet wykształceniem; zaś artyści, w swym życiowym noli me tangere190 oraz głębokiej nienawiści do spraw społecznego smętku, potrafią pogodzić i taki stan rzeczy z błękitnym marzeniem o absolucie”.
Jelsky zatarł ręce. „Ta utopijka udała mi się wcale nieźle”.