„Jednym słowem, fuszerką miłości, małżeństwa, beatryczowych natchnień źródłem my się leczyć nie będziemy.
A gdyby tak spróbować kuracji w dietetycznym sanatorium obywatelskości? Smętna to wprawdzie rzecz współpracownictwo w jakimś etyczno-społeczno-zagraniczno-statystycznym i jedynie nieomylnym organie tygodniowej opinii, jednakże — Boże wielki, czego rozbitek życiowy nie robi! A środek — bywalcy to wiedzą! — probatum est191. »Umiesz pan pisać?« »Umiem«. »Damy panu dział krytyki artystycznej i naukowej«. »O co właściwie będzie chodziło?« »O obywatelskość«. »Bon192!« — — Czy może być rzewniejsza i prostsza droga cnoty nad tę, jaką wskazuje społeczeństwo obywatelom umiejącym pisać?”
Ze wszystkich kątów kawiarni przynosiło mu echo raz po raz własny śmiech, niby złośliwe pohukiwanie gnomów w górskim uroczysku. Przymrużone oczy Jelsky’ego zapatrzyły się w dal bezświetlną i ponurą.
Nagle, tam za wielkimi szybami kawiarni coś szarpnęło jakby miejskim pogwarem; zadrgało w powietrzu, zadudniło po brukach miarowo i mocno. Z łoskotem trąb i bębnów grzmotem wpadły w turkot uliczny tęgie, twarde rytmy wojskowego marsza. Już tam za oknami poplątał się tłum, już się sypnęła ruchliwa awangarda uliczników.
„Oto idą panowie, którzy wyrażają opinię narodów — myślał Jelsky, patrząc na tych łobuzów. — Oto idą narożni przyjaciele trotuarowych samotnic, ich wrogowie z obowiązku, kamloci193 oraz inni próżniacy. »Ecrasez l’infâme194!« — »Conspuez Zola195!!« — »Strike England, strike merciless196!« — »A Berlin! Vive Boulanger197!198« — »Nieder mit den Slaven199!!« — »Wszyscy Niemcy są łotrami!«. — — »Preussen, Preussen über alles, über alles in der Welt200!«”.
Marsz porywał wszystko, co żyło, na ulicy w swój rytm dziarski, butny, zuchwały. Ulica grzmiała potęgą. I tą brutalną mocą mosiężnego łoskotu uderzył marsz w szyby kawiarni, zamieniając i tu ludzi w konie: uszy strzygły bezwiednie, same prężyły się golenie.
Jelsky’emu głęboki oddech piersi podniósł i rozszerzył, lecz przekorna myśl w tejże chwili odwróciła i ten nastrój, bo przyniosła grymas nad tym, że marsz tak wielki, marsz tak potężny głuszy dziś tylko cichy płacz dzieci. Czyżby na to trzeba było aż takie łoskoty po stolicach czynić?... „Zresztą chwalę metodę: i ja mam w sobie orkiestrę, która fanfarą paradoksów grzmi wtedy najgłośniej, im ciszej skarży się oniemiała dusza”.
A może ten marsz święci dawne boje i dawne chwały, czas taki jeszcze niedaleki, kiedy te surmy zagłuszyły inną weselną piosnkę bojową:
L’amour sacré de la patrie201...