Z hukiem bębnów i trąb łoskotem szła nowa, nieubła­gana brutalnej mocy potęga.

Preussen! Preussen! Über alles,

Über alles in der Welt!


Przewalił się marsz łomem burzy i jak ciężka chmura gromem dalej się potoczył. Mijał, cichł... Już go łoskot uli­czny głuszy. Jeszcze drży w podnieceniu ludzi, jeszcze bębni słabo po szybach kawiarni.

Jelsky’emu opadła pierś, zwiotczało napięcie w mięśniach. Przymrużone za szkłami oczy zapatrzyły się — w próżnię.

I już myśleć nawet nie mógł; siedział długo w bezwładnym otumanieniu. Wreszcie szarpnął się i zatrzepotał jak zbu­dzony ptak. Aby skupić rozproszone w lęku myśli, rysował coś znowu na stole. Z wiru linii wychylać się poczęły naj­wyraźniej kształty rewolweru. Wylot lufy ozdabiała twarz ludzka, skrzywiona w jakimś okropnym okrzyku.

Secessionsrevolver — podpisał Jelsky pod tym swoim rysunkiem i sięgnął machinalnie do kieszeni. W zamszowym futerale błysnęła lśniąca i połyskliwa broń.

„Więc ja po to się tu przywlokłem?” — pomyślał teraz dopiero. I w pierwszej chwili lęk za gardło go chwycił. Chłód przeraźliwy przebiegł go po potylicy, grzbietem, aż po stopy same. — „Więc to wszystko było już obmyślone? Już postanowione nieodwołalnie?... Kiedy?!... Więc ta gwałtowna chęć zaprzyjaźnienia się z Kunickim, ten artykuł na nich, to bicie się z myślami w poszukiwaniu ratunku dla duszy, to pogrze­bywanie śmiechem i ironią wszystkich jej bankructw — więc to wszystko było tylko niedołężną próbą obejścia posta­nowienia.

Kiedym ja je powziął? Kiedy się to wszystko stało? Kiedy?!”...