Taką jest brama czyśćca, pod którą duch mój za życia już przeszedł. Wymódl mię stamtąd czynem życia twego.
U progu zamku cień starca, co życie w marzeniu strawił, cień ojca twego korny hołd młodości twej składa:
Ave vita! Morituri te salutant!”
Drugi raz listu czytać nie potrzebowałem, słowa jego wryły się w pamięć: słowa jak walenie miecza po hełmach rycerskich. Tak mógł pisać człowiek, co — jeśli marzył — marzył potężnie o potężnym życiu. Patrzałem na tę żółtą głowę na białych poduszkach, na tę wielką siwą brodę na czarnym tużurku. W kamienne formy dumnej i twardej siły zastygła po śmierci twarz marzyciela. I przyszła mi dziwna myśl do głowy: „A może on rzeczywiście gdzieś, w świecie jakimś tajemnym, przepadał: tam boje staczał, walczył, burzył, zdobywał i, pełen cichej tajemnicy, powracał między nas?”.
Musiałem walczyć prawie ze sobą, aby nie rozpiąć mu tużurka, nie rozerwać kamizelki i nie szukać blizn na jego piersiach.
„Więc tak cię szatan zwiódł — myślałem. — W zwierciadle swym ukazał ci całą potęgę i urok przeszłości, a nie dał mocy ducha, aby potęgę tę wskrzesić w słowie i w jej imię rozgrzeszyć świat z rzeczywistości”.
W drugim liście, pisanym widocznie przed samą śmiercią, liście chaotycznym, pełnym miękkości i zaklęć serdecznych, wzywał mnie, abym porzucił służbę wojskową i wstąpił do szkoły inżynierów. Chaotyczność tego listu, jego miękkie prośby i zaklęcia!... — Rzecz była jasna — ojciec zmuszał się do czegoś wbrew wszystkim swoim instynktom, odczuwając ostatecznie potrzebę dodania do mocnego testamentu swej woli coś z konkretności, coś, coby go uczyniło radą, pouczeniem: wskazało mi rzeczywiście jakąś drogę życia...
„Dawniej — pisał — o tę skałę zamkową rozbijały się wszystkie wrogie fale barbarzyństwa, co przez nasz wąwóz kawał kraju zalać pragnęły. Dziś wróg stokroć gorszy z gór schodzi: rzeką głazów, żwiru i kamieni, ze wszystkich żlebów się sypie, korytem rzeki wali, aby całą dolinę kupą gruzów przysypać. Państwu, co nas przed wiekami wchłonęło, nie opłacamy się już dzisiaj. Na uboczu, w kącie świata zapomniani, pozostawieni jesteśmy własnemu losowi. Powinnością naszą odeprzeć teraz i tego wroga”.
Z rodziny pozostała przy życiu tylko starsza o lat kilka siostra. Wychowany z dala od domu, pamiętam ją tylko z najwcześniejszego dzieciństwa. Wiedziałem dalej, że źle żyli z ojcem. Potem nastąpiła jedna z tych głuchych tragedii w domu, o których nic pewnego dowiedzieć się potem nie można. Miała wtedy lat 18. Przymuszono ją w następstwie do małżeństwa z kimś kupionym za posag. Dalej, przypomniałem sobie wiadomość o jej nagłej ucieczce. Zatarto w zamku wszelkie ślady po niej, z sali portretowej znikł jej obraz. Nie wspominano o niej nigdy. Zapomniałbym może, gdyby nie gazety: została śpiewaczką, zdobyła imię i rozgłos po stolicach świata.
Nie pamiętam, czy ciekawość to była, czy te wspomnienia rodzinne, co odżyły tak nagle, czy też po prostu to, że na sędziego cnót pospolitych ja się nie rodziłem: posłałem depeszę, dowiedziawszy się z gazet, gdzie przebywa.