Przykuwało mi bez końca wzrok to białe czyste pole jakby marzeń niebo wytęsknione. „Oto życia mego nieskoń­czoność, oto grób tajemnic wielkich!” — odczytywały uporczywie oczy na czarnym na wpół zmurszałym pulcie.

I oto przez to małe okno w narożnicy kamiennej uj­rzałem trzy drogi życia: na szczyty białe drogę marzeń bezpłodnych, wydeptany gościniec w dolinę szarej nędzy i daremnej, syzyfowej walki z kamieniami oraz ścieżkę krętą, co wierzchołkami gór i padołem przepaści wiedzie w czarne pa­łace, gdzie lirowe dziady królują i tłumu pochlebstwem żyją...

A tam — za oknem, wśród zadumanej kamiennej głu­szy, gadały tylko strumienie szeptem i pluskiem, z początku jakby skłóconym i dziwnie niespokojnym — potem, gdy ucho do tych głosów przywykło, szmerem dziwnie smutnym i mo­notonnym jak melancholia. Ukryte gdzieś źródła, potoczyw­szy nagle lżejszy żwir, ozwały się niekiedy głośniejszym czy­stym podźwiękiem i cichły wnet w gniewnym pomruku stru­mieni. Pod stopami nieogarnionych olbrzymów, w zakamieniałej grozie pustki, w granitowym chłodzie spiętrzonego pod chmury świata — wymrukiwały potoki swą nieskończoną opo­wieść o twardym pochodzie czasów.

Wzrok błąkał się niespokojnie po tym głuchym świecie, ślizgał się po tych lśniących garbach, zawisał na stro­mych przełęczach, zapadał jak kula w przepaście i jak orzeł wzbijał się na lśniące szczytów iglice. Wreszcie męczy się i zawisa jak ten zbłąkany strzęp chmury na pierwszym lep­szym szczycie, czepia się na nim — senny i znużenia pełen.

Jakieś pogranicze śmierci, grób życia pragnieniom, grób woli i wszelkim porywom.

I oto gasły blade zorze na szczytach, sine kadłuby skał lśnią w pomroku jak metal. Po dniu, zadrzemane gdzieś na dnie przepaści, urwisk i kniej, wyłażą teraz leniwie białe okłęby chmur. I noc wali się w dolinę.

Nagle gdzieś w głębi zagrała trąbka pocztowa. Ponio­sło echem. W odpowiedzi zawtórował jej skądciś róg; jesz­cze ten nie skończył, już zagrał inny. Z czarnych uroczysk, po upłazach, ze skalnych gardzieli, z głębi wąwozów, czelu­ści i jarów zahuczały rogi, zagrzmiały surmy. Szło granie pośpieszne i gwałtowne, biło echem, budziło wśród skał ło­skoty, jakiś tętent daleki, jakieś łomy ciężkie, jakieś surmy nagłe, zrywane ciszą, powtórzone jękiem, rozełkane w płaczu żałosnym. A w ślad za tym jękiem, płaczem i lamentem pę­dzi zemsta w cwał: huczą wraże głosy, toczy się grzmot po szczytach, huka pomsty okrzyk wojenny.

Grała ziemia, grały góry, grał mi świat ten cały!..

Ocknął się przecie po nocy: zbudził drzemiące po prze­paściach hufy, skowane na szczytach namiętności rozpętał i — puścił na dzikie łowy!

Stoczył się głaz i runął w żleb z grzechotem... I raz w raz padały w ciemnej głębi suche roztrzaski strzałów. Po­gonił znów tętent, znowuż gwar i łom; i gon, i bitwy żar, i konania jęk.