A ponad tym wszystkim gra trąbka: zrywa i znów rzuca, pęta i znów budzi; a kiedy wszystkie te odgłosy skupi, natęży i w wysoki ton zamknie, to we wszystkie knieje uderza jakby szeroki śmiech swawoli, potem buntu wołanie dumne, wreszcie gardłowy jakiś krzyk pożądania, co najwyższego szczytu sięgnął, tam się echem rozbił, w wołania rozprysnął, na dno przepaści padł i tam wciąż jeszcze wabi, jeszcze szuka, jeszcze nęci, wciąż jeszcze śpiewa...
Grała ziemia, grały góry, grał mi świat ten cały!
Zmartwychwstał! — Żył!
Po chwilowej ciszy obiecanego cudu uderzyły głucho kopyta po moście zamkowym...
Jadą!... Samosześć224 jadą!...
I serce mi w przerażeniu staje, i radość piersi zapiera... Brzęk łańcuchów?... — Słyszę! Ciężki skrzyp wrót?... — Nie łudzęż się225 przecie! — Pędem zbiegam na dół, pod łamane, ciężko zwisłe gotyckie sklepienia długiego korytarza.
Przez jedną krótką chwilę wydaje mi się, że tam — w jasny wylot tego lochu, gdzie tli się mętnie czerwona latarka, zstąpił rycerz od stóp do głowy w lśniącą stal zakuty. Przyłbicową maskę hełmu odchylił, żelazną rękawicę na krzyżackim oparł mieczu, długą siwą brodę w żelaznym kułaku226 targa i wprost na mnie idzie.
„Patrz, jak duch mój pokutować musi... Synu, strzeż się szatańskiego zwierciadła życia: — drżyj przed sztuką!”
Ocknęły mnie parskania koni tam na podwórcu, skrzyp pojazdu na żwirze, brzęk uprzęży, głosy sług.
Naprzeciw mnie szła jak cień cicha i lekka wśród tych potężnych, niskich murów, smukła i giętka — ciemna sylwetka kobiety przeświecona mętnym czerwonym blaskiem latarki niesionej tuż za nią. Podbiegła szybko, ciemny szal z głowy na szyję odrzuciła... — ujrzałem twarz poważną, białą, świeży błysk ciemnych oczu, jasne otwarte czoło w lśniącej ramie ciemnych mahoniowych włosów.