— Henryk?... — usłyszałem.
— Hilda — ty?!...
I poszliśmy wąskim korytarzem w głąb na kamienne schody, wąskie przejście, długi krużganek... Szliśmy milcząc, wśród głuchego echa naszych kroków na kamiennych płytach; za nami kołysała się latarka, przed nami dwa długie cienie w czerwonej otoczy227. Potem w głąb przez salę — do jego pokoju.
Uchyliłem drzwi i wskazałem na katafalk.
Uklękła tam w ciemnej zieleni, w gromnicznym żółtym blasku i długo tak pozostała w zadumie ciężkiej. Mnie, stojącemu z dala, pode drzwiami, zdawało się, że ta zieleń ciemna, te grube liście w złotawych połyskach gromnic w ramę jej głowę ujmują, że laury nad jej głową szumią...
A to z dala, po nocy, w dolinie ciemnej szemrały strumienie swą nieskończoną legendę o czasie.
Gdyśmy potem wracali, pytałem ją oczyma: „Znalazłaś szczęście, tam, gdzie zwyciężałaś rojny przepych tłumów?”. Uśmiechnęła się blado, jakby łaskawie i wyrozumiale. Podała mi rękę z męska, twardym, roztargnionym ruchem, i uścisnęła krótko. Było coś z nakazu milczenia, wiele dumy w tym pierwszym ruchu.
Cofała się już ku drzwiom przeznaczonego dla niej pokoju, gdy nagle:
— Papiery jego w bibliotece?
— Spalił wszystkie.