— A!?... — Spochmurniała twarz, zmarszczyło się czoło: wpodłuż, między czarnymi połyskami oczu.
— On miał bardzo smutne życie — rzekła.
Ja miałem łzy w oczach, może nie od tej chwili dopiero, ale teraz zaledwie poczułem je na rzęsach. I ona spostrzegła: ściągnęły się jej brwi. Zwróciła się bokiem i podała mi rękę po raz drugi; tym razem, okrągłym, miękkim, kobiecym ruchem. Pochyliłem się bezwiednie do tej dłoni.
— I ty — taki... — rzekła, musnąwszy dłonią po mych włosach.
Ujęła za klamkę.
— Pozwól!... Jakiż to ja jestem?
— Słaby, dobry — co wolisz.
Krew rzuciła mi się do głowy pod tym surowym badawczym spojrzeniem. Wyprostowałem się odruchowo i tymże odruchowym (tak świetnym w danej chwili) gestem uderzyłem się dłonią w bok po rękojeści szabli.
— A mnie się zdawało — wycedziłem, siląc się na oschłość — mnie się zdawało, że to ja ciebie powinienem przede wszystkim zrozumieć, aby... aby móc niejedno — zapomnieć.
Ani jeden rys nie drgnął na jej białej twarzy.