— Każ chować jutro — rzekła szeptem. — I jeszcze jedno: nie pochowasz go chyba tak, jak tam leży: w tużurku? Niech nań wdzieją mundur dziada... Niech przysposo­bią stare instrumenty: z baszty każesz otrąbić pogrzeb. Niech ludzie dziś jeszcze wyruszą na najbliższe szczyty: jutro z za­chodem niech rozniecą tam ognie. Pochowamy go na podwieczerz.

Skłoniłem głowę.

Rozkazała i poszła.


Złożyliśmy ciało do podzamkowych grobów. Ci, co przybyli, rozjechali się, zanim noc zapadła. Pozostaliśmy sami na tarasie zamku pod basztą, zapatrzeni w dogasające na szczytach ognie, zasłuchani w szmery wody po dolinie.

W miarę, jak malały purpurowe plamy ogni na ciem­nych szczytach, masywy skały spływały wraz z podgórzem w jedną płaską masę, stając się jako czarne podniebne mury. Granat sklepienia unosił się ponad tym kamiennym grobem coraz wyżej, wpuklał się, gwiazdami tkał, złocił, mienił, dyszał...

Z padołów buchało wonią łąk, od skał wiało chłodem, od zamkowych murów szedł zapach mchu i pleśni. Woda zagadała głośniej, zaskrzypiały milionowe chóry świerszczy.

W tę gwarną noc wspomnień kładzie się spokój za­słuchania na duszę: oczy po gwiazdach błądzą, jakby bojąc się spojrzeć na to białe morze w ciemnych niebiosach — na lodowca pole, tak dziwnie o tej porze świetlane i jasne, że gwiazdy ponad nim bladły, żółkły, mrużyły się i gasły. — I ciągną wspomnień obrazy przed oczyma duszy jako blade, smutne, zadumane cienie: błądzą wśród oparów w dolinie, sięgają gwiazd ponownie i pod świerszczy gwar nieustanny rozpływają się i toną w dali granatu: głębiej, dalej i jeszcze dalej, tam, gdzie gwiazd świetlane chóry rozegrały się cichą harmonią sfer...

Wody to szept? Czy też świerszczy gwar nieustanny? Źródeł to szklane pobrzęki? Czy też gwiazd tak dziwna mu­zyka? — Smutek, niemoc i bezwola kołyszą myśl tajemną melodią nocy...

Grało niebo! Grała ziemia! Grał mi świat ten cały!