Uczułem na ramieniu jej dłoń. Nie uniosłem nawet głowy, zasłuchany w gwar wody, w jej oddech głęboki i własne westchnienie. Potem dopiero, gdy rękę cofnęła, ująłem ją i uścisnąłem krótko.
— Henryk — szepnęła i próbowała się uśmiechnąć — jak jej na imię?
— Nie ma jeszcze imienia. Może kształty kobiece nadaje jej tylko uboga myśl moja.
Zagadnęła o moje zamiary, o przyszłość.
— Co ma być, stanie się — odparłem. — Idzie o to, aby tych życiowych potęg mus wypowiedział się jak najsilniej, jak najgłębiej.
— Nawet w nieszczęściu? — pytała zdziwiona.
— Nie ma doli i niedoli dla tego, kto nie żyje przypadkiem. Nieszczęście jest nieraz źródłem najgłębszej świadomości.
Milczała. W półmroku widziałem tylko, jak te jej oczy czarne, o dziwnie świeżym, głębokim i mocnym blasku, rozszerzały się w zdumieniu coraz bardziej. Nagle, splatając odruchowo dłonie:
— Jakie ty mary gonisz po świecie?...
Zaszumiały czarne lasy na podgórzach: to urwane tchnienie nocnego powiewu przeszło przez wąwóz i ścichło.