Przypomniała sobie nagle ojca i poczęła o nim mówić tym szeptem stłumionym, jaki nakazywała groza gór, wód szumiących kołysanka i niedawnej śmierci wciąż jeszcze jawne brzemię. Bieg moich niewypowiedzianych myśli i milczenia mego mowa musiały jej widocznie narzucać uczucia, w których się czuła obco, nieśmiało i chwiejnie.
— Gdzie on jest teraz? — pytała sama siebie. — Nie bierz tego za banalność: jego myśli, ducha, woli było tak pełno tu wszędzie, gdzie się zwrócić... To wszystko dało się niemal dotykać, jak bryła, jak ciało: mocny on taki był we wszystkim, co mówił, czynił!... To wszystko przecie tu stać powinno jak ta góra... Jakże można, żeby się to wszystko tak nagle obróciło w nicość?... Nie rozumiesz mnie pewno?... A w tym jest ból wielki... To nie jest zagadka śmierci, o czym myślę — to jest pytanie życia.
— Wiesz, jak się ta bolesna tajemnica życia nazywa? Niemoc twórcza, przy wielkiej pełni olbrzymiego ducha... Po tym człowieku góry pozostać były winny!
I znowuż widziałem tylko ten równy błysk głębokich, bacznych i niespokojnych oczu. I ta chmura troski na czole, wpodłuż między oczyma.
— Serce miał twarde jak diament — rzekła, przypomniawszy sobie widocznie młodość swoją.
— Serce takich ludzi jest jak agatu migdał lub ametystu ziarno. Dla ludzi kamień tylko polny: odrzucą precz. A ono wartość swoją wtedy dopiero ukaże, gdy — pęknie...
— Henryku... — wytłumił się lęk z jej piersi.
— ...Wówczas serce takie osiąga cenę ozdoby — dla próżnych.
— Henryk! — powtórzyła trwożnie.
A mnie dopiero po kilku minutach zwrotne echo wrażenia przyniosło ten jej głos.