— Mówisz?... — spytałem, zapatrzony na lodowiec.
— O tobie myślę. Gdy tak twej dziwnej mowy słucham: takich przemyślanych, przebolałych słów; gdy na te oczy zawsze gdzieś zapatrzone spojrzę... Ty już samym sobą żyć zaczynasz, samego siebie już przetrawiasz. Henryk, ty koronę męczeńską na czoło sobie wciskasz!
— Hilda, powiem ci tajemnicę moją.
— Mów!
— Szatan zwierciadło mi swoje od dawna już przed oczy postawił.
I tylko gwiazdy ponad nami drgały; zewsząd sączyły się wody z szmerem, pluskiem i dalekich gwarów skłóconym echem. I ten suchy skrzyp świerszczy, ta dziwnie kłótliwa muzyka po nocy. Chłód czy trwoga dreszczem po raz drugi ją przebiegły. Zwróciła się gwałtownie i poszła w stronę zamku.
Powlokłem się za nią jak cień.
Gdyśmy przechodzili przez salon, usiadłem przy fortepianie, prosząc ją oczyma, aby się zatrzymała. Radosne, niespodziane zdziwienie rozjaśniło w jednej chwili jej czoło, rozpłomieniło twarz całą. Podbiegła, prędka i lekka jak dziewczyna, i, gdym jedwabny poszum jej sukni uchem jeszcze łowił, otwierała z pośpiechem fortepian.
Potem przysiadła się do mnie, cicha, uległa, i splótłszy dłonie opuszczonych rąk, dumała nad czymś w skupieniu. Nagle przygarnęła się do mnie i objęła z całych sił za szyję.