— Henryku!... — (zdawało się, że zapłacze...) — Hen­ryku!... — (zaśmiała się gorączkowo) — Ty sam pewno nie wiesz, ile w tym jest z ojca, z tych gór, z tej doliny całej. Wi­dzisz, ten ustęp: ta skarga pod koniec!... — (i rzuciła dłonie na klawisze, aby ją odszukać.) — Te surmy początkowe, co się roz­kołysały w rytmie po wiolinowej stronie i zamieniły w pieśń, w legendę, w dumkę, w płacz!... Albo ta potęga tego mar­sza, te pobrzęki spiżowe i jęk ziemi pod stąpaniem ciężkim... A w miarę jak grasz, czuć, jak się to w górę hejnałem unosi i płynie w mgłach, w oparach: — Widma, widma! — chcia­łoby się zawołać... A poprzez wszystko, te szmery, pluski, wody gawędy!... Skąd w tobie to wszystko?

Przez jakiś czas odszukiwała tego wszystkiego po klawiszach. Po chwili odpadły jej ramiona — i znowu ta zaduma.

— Widzisz — mówiła jakby ze sobą — tak się utrwala wszystko, co ginie. To jego drugie, nieśmiertelne życie... A ty ślepiec jesteś szczęśliwy!

Przeszła w drugi koniec fortepianu przerzucać me nuty i notatki. Po czym, wsparłszy głowę na łokciach, zatopiła palce tych dużych białych rąk w mahoniową gąszcz włosów i zapatrzyła się we mnie przenikliwie.

— I czego ty się lękasz? Czego tobie jeszcze brak?

Poprosiłem ją oczyma, aby się zbliżyła, i pochwyciw­szy te jej ręce, z całych sił wciskałem je sobie w skronie.

— Mocy!... Mocy!...


I zwiększył się tylko niepokój mój w tym uświadamiającym się poczuciu własnej słabości. Tak somnambulik w pół­śnie swoim uświadamia sobie nagle, że wokół nigdzie opar­cia nie ma, że go teraz wola musi wywieść stamtąd, dokąd go tak bezpiecznie zawiódł sen.

Ukrywałem się przez dzień cały w bibliotece. Zacisznie i bezpiecznie czułem się w tym trupim zapachu starych ksiąg, pod czystym wejrzeniem zawisłego u błękitu lodowca.