Z rozkoszą pieściłem się starymi księgami. Cieszyły mnie naiwne rysunki miniatur, iluminowane z tak mozolnym przepychem w ciężkim złocie, głębokiej purpurze i w lazurze kryształowym. Bawiły grube, czarne gotyckie litery, ich mocne szeregi niby nieskończone przemarsze całej armii w stal zakutych rycerzy. I styl tych ksiąg, trafiający, w swej naiwnie kłopotliwej ekspresji, jakby przypadkiem na najszczersze dźwięki, na jędrne, soczyste barwy.
Uderzyło mnie jakieś słowo — imię, ale, jak u mnie zawsze, wtedy dopiero, gdym już dawno te kartki przewrócił. Szukałem długo. Znalazłem wreszcie i czytałem:
O księżniczce Bratumile, Witeziu Niezamyślu i świętym Jacławie rzecz prawdziwa.
Gładkie lice księżniczki Bratumiły w XIV wiośnie jej życia, prawie rzec można, z misternego kształtu jej ciała jako z pąku na świat wyglądało, na smukłej szyi wszędy ciekawie się chyląc. Akuratnie jak on kwiat na szypułce. Coś z pąkowej opuszki na różowym licu jeszcze ostało, ona ciekawość pąka pod rzęsą, coś z pacierza i z miodowej rosy na wargach. Motylom w sadzie tylko ją pokaż! Pilno im było bardzo. Ćma po nocy wprost do niej jak w świecę. Bo też ćmy tylko, motyle i ptak, co śmielszy, oglądały gładkie lice księżniczki Bratumiły. Na Tyńcowej górze, za trzema murami, za dwoma zwodzonymi mosty kwitła księżniczka Bratumiła. Jednego rycerza pieściły jej oczy ciekawe, jeden rycerz płonął pod tym patrzeniem ciekawym: księżniczkowy brat, Witeź Niezamyśl. W gładkim licu i misternym kształcie księżniczki Bratumiły rozgorzał Niezamyśl miłością wielką. Witeź, brzydząc się imać lutniej pod alkierzem, z konia i przy zbroi (jako rycerzowi godnie) takowe minnesangi228, od bolesności w grzesznym kochaniu tęskne, wszędy składał i głosił, że gdzie przybył, dworski fraucymer229 łzami głośnymi go witał i miesiąc po nim płakał. Witeź Niezamyśl, wstydząc się pisać, mieczem na dębowej korze takie wiersze na jej cześć wycinał, że gdy je potem sobie odśpiewał, ptaki zbiegały się z gąszczy i obsiadały rojnie drzewa, osobliwie zięby i kosy, na śpiew najciekawsze. Święty Jacław, co był podonczas przeorem w klasztorze, myślał i ważył, zali230 nie za diabła przyczynieniem składają się pieśni takie? Poradziwszy się Ducha świętego, nakazał święty Jacław Witeziowi zdziałać pieśń taką w kościele na uciechę Przenajświętszej Pannie. Leżał Witeź trzy dni krzyżem i, choć się szczerze modlił, nic mu do składu nie przychodziło. „Z konia tylko umiem!” — zerwie się w złości i tupnie w kamień posadzki, aż echo jękło gdzieś pod sklepieniem. „Dawaj go sam!” — krzyknie święty Jacław. — „Chwal Przenajświętszą z konia”. Gdy onego podawano, nawinął się grzecznie diabeł, strzemię dwornie trzyma i szepcze: „Przeor wiedzieć nie potrzebuje, o kim ty myślisz. Madonna nawet, jako jawnie w pismach stoi, inną być nie mogła, jako jest Bratumiła. Nawet lelii w dłoń nie trzeba: pięć onych paluszków w biały kształt lelii się złożą. — Co się zbudzi po nocy, popłakujeć z tęsknoty, szyjkę białą w puchy tuli i myśli: „Przecz231 chmurnie na mnie patrzy Niezamyśl? Zalimż232 go ukrzywdziła w sercu mojem?” — Rzecze Witeź: „W poręś mi!” Jakoż uczynił w myślach swoich i zaśpiewał pieśń taką, że mu z pustego kościoła pobożnym echem westchnęły organy. — (To prawdziwe wydarzenie uczyniło klasztor od cudów potem sławnym). — Wrócił Witeź do księżniczki, aliści233 oną niechętną sobie już nalazł, a owego, co mu strzemię podawał — w dziewosłębach234. „Tenże rycerz — rzecze Bratumiła smutnie — wierność mi ślubował, jako ty damie swego serca”. — „Jakowejż?” — krzyknie i jużci mieczem na onego sięga. „Marią zwą oblubienicę twoją. Niech cię Bóg z nią połączy!” I polały się łzy na to gładkie lica księżniczki Bratumiły jako pierwsza rosa na pąkowy kwiat. Wypadł miecz z ręki Witezia, jako że palec Boży w tym poczuł: od jawnego grzechu odwiedzenie. Nawrócił co rychło do klasztoru i, w otwarte ramiona św. Jacława padłszy, zapłakał gorzce z żalu do Przenajświętszej Panny, że pieśń i piękno diabłu na poniewierkę odstąpić raczyła i kusić niemi pozwala. Święty Jacław, w tkliwości ojcowskiej, własnym kułakiem twarz mu z łez utarłszy, w nowicjat (po staremu) przyjął. Jakoż Witeź skruchę, Matce Boskiej miłą, uczyniwszy, oną pieśń sławną Oblubienico moja! na wieczną chwałę (klasztoru) zdziałał. Święty Franciszek nawet pieśń tę potem chwalił; a grzeszne dusze po dziś dzień w godzinę śmierci pieśnią takową zbawiać się rade. Między błogosławione pańskie ojciec święty Witezia łaskawie zaliczyć nie raczył, ile że księżniczka ona, niezamyślonym śpiewaniem wielce w myślach swych roztęskniona, diabłu (na chucie) się oddała. Taka jest jedynie prawdziwa przypowieść o księżniczce Bratumile, Witeziu Niezamyślu i o świętym Jacławie. — Opowiedzieć dokładnie zamierzył biegły w piśmie Sclavus Mariae235 i pod onej cudowną opieką, wbrew złości możnych i injuriom236 głupich, w uroczysty dzień cudownego jej rozwiązania A.D. MCCI szczęśliwie do końca doprowadził. Amen.
Ponad przepaście wieków przyniosło mi echo niespodzianie tę prostą bajkę. Uśmiechałem się z początku, czytając: bawiłem się nią, jak się bawi z dzieckiem. Przeczytałem po raz drugi, wciąż się jeszcze uśmiechałem, ale gdy oczy ciężko i uparcie przylgnęły do pergaminowej karty, myśl w dal odbiegła. Ruszyły mi przed oczyma te ciemne szeregi liter w nieskończonych marszach, wirach i koliskach. Myśli pracowały gorączkowo: biły pulsem na skroniach, prześlizgiwały się przez świadomość lękliwie, przebiegały przez nią w popłochu i nikły, rozpraszały się, gasły.
A że dolinę i góry poza oknem zalewało miękkie światło zachodu, więc i mnie przysłało słońce promień łagodnych myśli.
Zamarzyłem o klasztorze pokutnym w poszumie lasów jodłowych, o białych podwórcach w balsamicznej woni cedrów, o kawek wokół wieży rojnych lamentach, o chórze mnichów głębokim, o organów kościelnych jęku psalmicznym i o sygnaturki wysokim tonie... I błądzę, ja mnich, w białym podwórcu, po złotych plamach słońca i sinych cieniach gałęzi, wchodzę w wilgotny chłód arkad i na starym rzymskim sarkofagu to słowo kreślę w zadumie bolesnej:
Hilda...
Drgnąłem. I spojrzawszy na tę jasną topiel łagodnego zachodu na szczytach, zrozumiałem, że mnie nieświadomego opływa już od wczoraj miękka atmosfera rodzącego się uczucia.