A jednak... Ta narożnica kamienna z oknem na lodo­wiec, te księgi stare, miniatury złote, ta opowieść naiwna, ten klasztor, wyczarowany z myśli, te kawek wokół wieży rojne lamenty, ta całego świata wokół mnie muzyka; owo światło złote i cień ponury: rozkosz pieściwa i ból trawiący w tym jednym imieniu — „Hilda” — przecież to wszystko, wszystko razem jest jakby niedopowiedzianą do końca bajką, jest bezpłodnym, zabójczym marzeniem!...

Szatanie, odwiedź zwierciadło swe ode mnie!...

I osunąłem się na kolana, tam przed pultem, u okna. Splotły się palce dłoni, wsparła na nich ciężka głowa...

...To jej czoło jasne, otwarte i dumne, te równe poły­ski na gładko zaczesanych mahoniowych włosach, jak smugi światła na fali — ta przezrocza głąb czarnych oczu... Oczy te są zanadto spokojne!...

Szatanie, odwiedź zwierciadło swe ode mnie!...

Poprzez małe okno w głębokiej nyży padły me oczy na to zatopione w błękicie śniegowe morze najczystszej, nie­pokalanej bieli. I w jednym mgnieniu oka, jakby pod mego spojrzenia nieczystą siłą, wielka fala płomiennej lawy zalała te bezmiary jasne. Skalne zręby, szczyty i iglice, białe mo­rze w głębi, lodowcowe złomy na przegubie i ten jego język wryty dołem we wnękę skały: wszystko to — w tej chwili takie jawne, widne, dotykalne — stanęło w purpuro­wym blasku oślepiającej pożogi... I przycichł gwar ziemi. Chmury zwinęły swe żagle, niemocne wiatry przyległy kor­nie na stokach.

Olbrzymia łuna ciche skrzydła rozpostarła nad światem.

W piekło świat się na szczytach rozpalił.

I tam także?!...

Kurczowo splatały się palce wyprężonych ku górze rąk...