— Pij! — rozkazałem, nalewając kieliszki.
Dzwoniła zębami w szkło: piła. Potem trzęsącą się ręką odstawiła niezręcznie kieliszek na brzeg stołu.
— No, widzisz! I kieliszek ci zbiłam... Nie, po co ty mi każesz pić?
Już klęczała na ziemi i zbierała skorupy.
Podniosłem ptaka z ziemi wysoko, wysoko. Roześmiała się. Ale potem, gdy na kolanach się moich znalazła, gdym parzył ją pocałunkami, wówczas westchnęła raz i drugi, zapatrzyła się gdzieś wielkimi oczyma...
I zrozumiała...
Oczy jej cieniste rozwarły się szeroko i natychmiast przysłoniły się rzęsami; w kątach ust coś zadrgało silnie. Biała była na twarzy, nozdrza pulsować jej zaczęły.
Po raz pierwszy w życiu rzuciła na mnie dumne, wyniosłe spojrzenie. Pęk jasnych włosów, zaczesany nisko na tyle głowy, w ciężkim powikłanym splocie opadł jej na ramię... O ten uśmiech! Wzgardliwy, zimny, dumny... Ja go zbyt dobrze pamiętam!... A jednocześnie ten ciężki splot warkocza, opadający szybko coraz niżej po ramieniu i rozwijający się nagle w złotą połyskliwą falę.
Zatopiła mnie ta fala jasna...