Ojciec wlókł mnie do teatru pod ramię, a gdy Zosia dogoniła nas na ulicy, namawiał ją łagodnie, aby była roz­sądna i wracała do rodziców.

— Idź do mnie — prosiłem. — Wrócę po teatrze.

Pozostała w tyle, czułem jednak, że idzie za nami.

Stary mówił coś u wejścia z portierem, wskazał na Zosię i zakończył jednym ze swych ruchów dłonią.

— Fiu! — gwizdnął, machnął chustką, jakby kogoś od bramy odpędzał.

Był wesół i dobrych myśli. Poprawiał mankiety i kra­wat, a do mnie mówił:

— Wiesz, Władek, gdyby nie moje lata... Toż to nie­boszczka zmartwychwstała! To otwarte i jasne czoło, te łuki brwi i tu — ten zakrój nosa; usta, w głębokim jakby odde­chu zawsze uchylone... Co ta dziewczyna ma za zęby! Tylko że nieboszczka brunetką była... Jest w ludziach coś takiego, jest ten pociąg do typu: gatunek w nas wyje... Ale trzymajże ty się... no! — Władek!... Cóż u stu par diabłów, wszak jesteśmy mężczyźni!...

Ja byłem głuchy.

Ale światła jasne mnie oblały, zapach nasz poczułem.

Dziś zrozumieć nie potrafię, jakim sposobem oślepić mnie wówczas mogło „podobieństwo” sztuki. Rzecz była do­bra, tylko aż ciężka od zdań okrągłych, gładkich, literackich. Autor wiedział o tym — spodziewał się od aktorów duszy. Tremę miał: życie dusiło go zmorą ciężką.