Ocknąłem się w tejże portretowej sali.
Miękkie, pieczołowite dłonie chłodziły mi czoło, skronie, twarz. Od czasu do czasu tylko, łzy kropliste parzyły mi ręce, policzki, skroń. Ciepłe tchnienie pocałunków zwilżało mi co chwila suche wargi i sztywne, chłodne ręce.
I znowuż straciłem świadomość.
Gdym się ocknął po raz drugi, uczułem, że coś jak noże kraje i kłuje mi czoło oraz ręce. Ponad oczy zwieszała mi się gałązka ciemnych, grubych liści. Poruszyłem ręką: miałem tego pełno na piersiach, ponad głową, na nogach. To ona, Hilda, nałamała laurowych gałęzi z doniczek owych krzewów — laurowych gałęz spod katafalku.
A gdym je łamał w rozpaczy na tym posłaniu śmierci, tam z podwórza słychać było brzęk uprzęży, parskanie koni, szczęk łańcuchów, głuche bicie podków o most zwodzony nad urwiskiem.
Daremniem czekał na odezwanie się trąbki, na grę tę czarowną po echowych kniejach i uroczyskach górskich: na zmartwychwstanie świata mego. Tej nocy zaciążyła na dolinie pochmurna, głucha groza kamiennej pustki wśród olbrzymich gór. Świerszcze zamilkły, przycichły potoki... Huczała tylko wezbrana rzeka, tocząc w ciężkich westchnieniach swe głazy wielkie.
Czekam!...
Czekam smutny i wiary pełen, że w tę czarną noc grzechu niebosiężne olbrzymy skał przełamią się u podnóży, zachwieją i zamkną grób ten...
Ledwie dosłyszał Müller końca opowieści. Ostatnie słowa utkwiły wraz z westchnieniem w piersiach Hertensteina. Sięgnął machinalnie po wino, ale bezwładne ramię opadło, zanim dłoń kubka dotknęła. Powstał z zamiarem otworzenia okna, lecz w tejże chwili wszystko zawirowało mu przed oczyma, podwinęły się bezwładne nogi i opadł z powrotem na kanapę. Już rozproszone swe myśli skupiał, chwytał, już chciał coś powiedzieć, zawołać, krzyknąć — gdy w jakiejś dziwnej perspektywie długiego czarnego lochu ujrzał zamek w ruinach, niby ciemną kępę potwornych grzybów na popielatej skale. Patrzał, uśmiechał się błędnie, nagle pochylił się do Hertensteina i objął go wpół.