— Hilda! — krzyknę za nią.
I tak, poprzez te ciemne gmachy, w słabym połysku świecy, wśród głuchych uderzeń naszych pośpiesznych kroków w płyty kamienne. A w ślad za nami, ze wszystkich, zda się, komnat, wnęk, nyż i korytarzy tych murów niemych wypadła, zda się, nagle dzika sfora faunów: biła kopytami w posadzki, goniła wołaniem, szczuła dzikimi świsty, sowim pohukiem i śmiechem szalonym.
Nagle wydało mi się, że tuż ponad naszymi głowami zarywa się z łoskotem sklepienie całe. Porwał się huk tak przeraźliwy, że oboje stanęliśmy na miejscu. Ona tam dalej, pod kolumną: biała, dysząca, nieżywa prawie, drżącą ręką zagarniająca ten ciemny płaszcz rozplecionych w biegu włosów.
Oprzytomniałem nagle.
— Lawina! — rzekłem, kiedy ten huk, zamiast słabnąć, w wichurę huraganu się przeradzał i już jakieś gromy podziemne ze sobą toczył.
— Lawina — powtórzyłem. A potem już w myślach tylko swoich: „A tamto grzmot głazów po skałach i grzechot kamieni w żlebie. Pędzą, sypią się, walą na łąki nasze”.
— Hilda — ojciec nakazywał, ojciec zaklinał!... Patrz, tak dolina nasza tonie w gruzach, powoli, z dnia na dzień: kona beznadziejnie... I nie ma, kto by ją ratował. Bo mnie bezwola pajęczyną marzeń omotała i przez matnię sztuki w zło wszelkie wpędza.
A tamten piorunowy łom i grzechot piekielny nie chciał ucichnąć. „Boże, Boże, jakąż to lawą dziś się sypie!” Złamała się wytrzymałość moja: ciało nie miało sił wysłuchać do końca.
Osunąłem się cicho i powoli na chłodne płyty kamienne.