A echo przyniosło wraz z głębokim przydechem organowego hymnu to najwyżej wzięte słowo:
Życia!
Tam, poza drzwiami, skłóciły się na chwilę echa i pogwary; a potem nagle, z obu stron, tam, w dalekich komnatach, zadrgały, zda się, spazmem wiolonczelowe struny, zapłakał wysoko żałośliwy flet; — a wraz z nimi wpadł do nas i załopotał skrzydłami ranionego ptaka ten okrzyk dziwny:
Życia!... Życia!....
A gdy i te echa zamarły w westchnieniu, przytłoczyła nam serce taka ciężka i głucha zaduma, że, zasłuchani, czy echo czegoś więcej nie przyniesie, słyszeliśmy tylko głębokie oddechy wzajemne...
— Wstań! Na miłość Boską, wstań z kolan!
Te jej usta, zwykle surowe, prawie twarde w rysunku, stały się nagle takie łagodne w miękkim kolistym układzie: ogromnie dużo kobiety było w niej w tej chwili. Ręce, które starały się uparcie podnieść mnie z kolan, obwisły bezwładnie.
— Wstań, dziecko — szeptała tylko raz po raz — wstań!... — Po coś ty mnie wciągał w tę czarną otchłań twej wyobraźni!?... To gorsze jest od grzechu.
I zaśmiała się tak dziwnie, że z ciemnych pokoi przyniosło echo jakiś okrzyk zranionej miłości własnej, co złamał się nagle w spazmatycznym łkaniu. Wyrwała świecę z lichtarza i, szarpnąwszy drzwi, wybiegła w ciemne pokoje, naprzeciw tego echa.