Odłożył fajkę. W chmurnym milczeniu począł chodzić po pokoju. Gdy na dworze ożywiło się nagle, znalazł się wraz z chartem u okna i nasłuchiwał czujnie. Gdy cisza zaległa znów na ulicy, zbliżył się do Müllera.
— Słuchaj no, przecież to jest ogromnie poważna rzecz.
— Co takiego?
Oparł mu ciężko dłonie na ramionach i, patrząc mu mocno w oczy, rzekł twardo:
— Śmierć.
Müller zbladł natychmiast; oczy przymrużyły mu się na chwilę, a potem niespokojne i przepłoszone szukały w rękach Hertensteina tej szklanej rurki z kieszeni od kamizelki. Opuszczone ramiona prężyły się mocno i kurczowo, a chłód nielitościwy przebiegł po całym ciele. Szarpnął się i, wetknąwszy papierosa w zęby, rzekł z twardym grymasem:
— Jam bodaj dziś gotów.
— No, tak, tak! — potakiwał Hertenstein jak dziecku: pośpiesznie niechętnie i bez wiary. — Tym bardziej... Wobec tego warto pomyśleć szczerze. Warto nawet jeszcze nauczyć się szczerze myśleć. Z kłamstwem w sercu nie tylko żyć, ale i umrzeć nie można.
— Czego ty chcesz?