Dreszcz ohydy wstrząsnął, wykręcił niemal ciałem Hertensteina. Ale Müller wpił się w niego mocno rękoma.

— Czyś ty odgadł tajemną wolę natury? Czy ty wiesz, jakie źródła trysnąć by ci mogły z duszy pod jej ręką?... A może tylko wielkie namiętności rodzą wielkie czyny? A może temu ogniowi z ciała sądzono po całym duchu moim rozpłomie­nić się? A może grzech oto niesie mi złotą lirę? Czyś ty odgadł ciała wielką tajemnicę?... Człowiekiem tylko jestem, ciałem i grzechem — a więc ciałem i grzechem żyję, lecz nie dla ciała, nie dla winy, nie dla cnoty, lecz dla dzieła mego! Z nieba ognia sobie nie przyniosę, ale może go diabłu wykradnę. Ale na to trzeba w piekło zstąpić!

I nie szarp mi się!... Kto mnie, kto ciebie zapyta, skąd my swój ogień czerpiemy? I niech mnie nikt nie pyta, skąd ja mam tę moc, co światy wskrzesza, za serce bólem targa, upiory sumienia przed oczyma ci stawia. Ani cnoty, ani winy waszej nie znam, ja dusz waszych władca, światów wskrzesi­ciel, namiętności mag — ja, cudotwórca!...

Płomień zalał mu twarz, zaświecił w oczach. Długie i su­che ręce wczepiały się Hertensteinowi pod szyję jak ptasie szpony, a chuda, ostra twarz suchotnika czyhała niby ptasi dziób, aby mu wyrwać z ust odpowiedź. — Czekał długo.

Hertenstein patrzał nań spokojnie, zimno. „I ten czło­wiek myślał o śmierci? I ten człowiek chciał śmierci??”

— Kłamstwo! — krzyknął odruchowo i zerwał się z fotela.

Krzyknął przy tym i zerwał się tak gwałtownie, że chart zbudzony ze snu skoczył, warknął, a raczej zarzęził ochryple, i błysnął Müllerowi w twarz czerwonym wnętrzem pyska oraz białymi rzędami ostrych kłów.

Müller roztwierał szeroko oczy.

— Co takiego jest kłamstwem?...

„Ty!” — pomyślał Hertenstein. A na natarczywe nale­gania Müllera zamachał tylko niecierpliwie rękoma.