— Nazywam się...

— Bardzo legalnie. Ale nie oto idzie.

— Chcesz powiedzieć, że tylko baroni do sztuki się rodzą?

— Ach! — Hertenstein machnął niedbale ręką. — Baroni rodzą się zasadniczo tylko do kokot i salonów, oraz na to, by grzechem bezmyślnej pychy rozśmieszać nawet diabła. — Chcę spytać się tylko, czy w malströmach240 wielkomiejskich zysku, wyzysku, automatycznej i możliwie bezmyślnej pracy oraz wyrafinowanego, możliwie przemyślnego użycia zmęczo­nych zmysłów, czy w tym malströmie nie wypływają kapłani o bardzo wyraźnej fizjonomii?

— Co dalej? — syknął Müller. — Zaczynasz banalnie, skończysz, oczywiście, pobożnie.

— Dalej, że ponieważ zysk, wyzysk i możliwie bez­myślna praca są tematem dla sztuki dziś już tylko gdzieś na dalekim wschodzie — a więc...

— Kapłani najbardziej wyrafinowanego użycia znużo­nych zmysłów? Czy taka ma być definicja? — Jeżeli wszyst­kich pięciu zmysłów, to nie najgorzej. Zmysły są zawsze pierwszą instancją sztuki. Ostatnią jest dla niej kulturalny umysł, który dojrzewa dziś tylko w twoich „złych wirach” wielkomiejskich.

— Taak — Hertenstein pykał powoli z fajki. — O nic więcej mi nie idzie. Kulturalny umysł był zawsze arbitrem wyrafinowanych zmysłów. On to wymaga mistrzostwa i roz­daje sławę. — Poznałem aż nadto dobrze smutne i karłowate egzystencje tych, co bardzo pilnie malują, rzeźbią, piszą, tworzą, krytykują — ad usum241 kulturalnego umysłu. Oddy­chałem aż nadto długo tą duszną atmosferą ambicji, zawiści, oszczerstw, pochlebstw; dusiłem się zbytnio tym zaduchem pełzającej dumy... Daruj więc, że mistrzostwo pozostawiam ambitniejszym, a sławę tym, co — rzetelniej na nią pracowali.

Nie wytrzymał Müller: zerwał się z kanapy i, wczepiw­szy mu się w wyłogi od tużurka, szeptał mu w usta niemal:

— To wszystko jest tylko samoobłudą improduktywa. Idzie o to, żeś ty sobie za młodu wyciął ten właściwy, twór­czy nerw życia. I oto osiadłeś na mieliźnie wraz z cnotą swoją... Co wam szkodziło?... Tam, na zamku, w zapadłym kącie?... Zresztą, coby mnie ludzie obchodzili!