I zdawało się Müllerowi, że oto zrywa się z szpital­nego łóżka i ucieka z tej chłodnej toni ludzkiego miłosier­dzia — aby prędzej — tam poprzez okno: na bruki! I oto uderza głową i krwawi o dobroczynne kraty...

Ocknął się i krzyknął niecierpliwie na Hertensteina:

— Daj tamto... Po co zwlekać?

— Jeszcze nie czas.

„Nie, ten jego spokój! — myślał. — Ten bezduszny, zimny spokój. Ten człowiek wyzuł się ze wszystkich namię­tności, z uczuć wszelkich. On tam chce dojść wyrozumowa­niem. Taki musi się własnymi myślami wpędzić wprzódy w jakiś beznadziejny trójkąt, zamurować sobie wprzódy wszelką drogę logicznego odwrotu, chce jakby zaorać ze sobą całą świadomość wzgardy dla życia”.

— Jeśli ja chcę swego życia treść usprawiedliwić — krzyknął wreszcie — ty szukasz logiki w śmierci. Tej po­dwójnej gry nie rozegramy dzisiaj. Skończ! Upij się, to po­winno ułatwić ten krok. Albo nie, to przypomnij sobie wszy­stkie krzywdy życia, wszystkie jego zawody, wszystkie triumfy małych, niskich, miernych i wszystkie własne upokorzenia. (Szkoda wielka, żeś ty i nędzy nie zaznał!...) O, to wszystko upije cię stokroć większym szałem, da ci siłę po­stanowienia stokroć większą — da ci nienawiść!

Ostro zarysowane pąsowe rumieńce wytrysnęły mu na twarz: pod nawałem wspomnień chłostały go, zda się, w tej chwili wszystkie doznane w mizernym życiu upoko­rzenia i nędze.

— Pić daj! — dopominał się. — Widzisz, to są najża­łośniejsze twory ci Prometeusze...

I śmiał się. Tym razem bezdźwięcznie, cicho: pierś mu się tylko trzęsła, łkała; krzywiła się twarz.

— ...którym nie przyszło nawet walczyć z bogami, bo ich mizerne przykuło życie. I nie orły pierś im szarpią, lecz robactwo ich obsiadło, to najmizerniejsze robactwo ludzkie... Wiesz, co taki uczyni, gdy, utraciwszy wiarę w świat, w ludzi, w siebie, zachowa jeszcze tylko siłę woli? Wiesz, co taki donkiszot uczyni?...