Długimi, kleszczowymi palcami swej suchej ręki wpił się w ramię Hertensteina.

— Pamiętasz — w Chicago? — Wczoraj na bulwarach okrzykiwano. Właśnie tam — w rój ludzki: gdzie radość bezmyślnej uciechy, gdzie głupstwo życia triumfuje.

Urwał. Odurzał go, otumaniał wprost ten potworny obraz, jaki mu zawsze czujna wyobraźnia wnet podsunęła. Po chwili dokończył szeptem cichym i miękkim, jakby w zaufaniu serdecznym:

— Nienawiść, to jest wielkie, święte uczucie!...

— I zemsta — dodał po chwili jakby dla siebie.

— Na kim?

— Na wszystkich! — odparł, rozrzuciwszy ramiona jak skrzydła.

— Za kogo?!

— Za siebie! — kończył, uderzając się w piersi.

Hertenstein dobył z bocznej kieszeni chustkę: chrząknął, splunął i, chowając ją z powrotem, pytał zimno: