— Więc ty dlatego tylko myślisz o swej śmierci?

Wtulony w kąt kanapy, głowy nawet tym razem nie uniósł, tylko swe długie i kościste palce wyciągał, aby Her­tensteina za ramię ująć, do siebie widocznie pochylić i na ucho coś szepnąć. Lecz w tejże chwili zakaszlał głucho i ciężko. Ściskał oburącz czoło, pasował się z ciałem. Uspo­koił się wreszcie i z zaciętym uporem zapatrzył się gdzieś hardo przed siebie. Nagle łzy trysnęły mu nawałem do oczu i w szybkim biegu potoczyły się jedna za drugą po zapa­dłych policzkach.

— Daj mi pokój! — żachnął się wnet potem w rę­kach Hertensteina. — Daj pokój — słyszysz!... Czułości!... Niech mnie piekło pochłonie, że ta moja nienawiść jest taka niedołężna, taka mizerna, że nie znajduje innej broni prócz... prócz samobójczych myśli!


Hertenstein przysiadł się do niego. Milczał długo, rzu­cając nań ukośne spojrzenia; wreszcie odważył się ująć go za rękę.

— Skorpiony zawiedzionej pychy tak cię wychłostały i takim strasznym zatruły jadem... Tak daleko zanoszą „złe wiry” wielkomiejskie... Do tego wszystkiego dochodzi się, żyjąc wyłącznie myślą o „samym sobie”, dzięki szatańskiemu zwierciadłu życia.

Müller odmachnął się słabo i niechętnie.

— Tobie ćwiekiem to zwierciadło w głowie utkwiło. Bój się Boga, przecież te twoje romantyczne kategorie nie mogą mieć dla mnie wartości — teraz, w takiej chwili!

— Widzisz, po pięciu latach byłem tak daleko niemal jak i ty. Wtedy czując, że wszystkie podstawy życia chwieją się pode mną, uciekłem ze „złych wirów” wielkomiejskich tam na zamek.

— Tęsknotę swą sycić wspomnieniem — przerwał mu kategorycznie Müller.