— Twoja myśl po ziemi pełza i zewnętrzności tylko się czepia — odparł Hertenstein niedbale. I wnet potem w nagłym podnieceniu: — Czy ty wiesz, gdzie kres i gra­nica tęsknocie? Dokąd ona ludzką myśl doprowadzić może? Ze wszystkiego, czym kobieta obdarza, tęsknota jest jedynie czystym jej darem.

— Nie widywałeś jej przez ten czas? — zagadnął Müller mimo wszystko.

— Raz jeden. Teraz.

— Jak to teraz?!

Ale Hertenstein nie chciał widocznie odpowiedzieć.

— Powróciłem, tam, na zamek — powtórzył. — W do­linie mojej kamień przy kamieniu. Wszystko to błyszczy się, iskrzy, żarzy w słońcu. W rozpalonej atmosferze czuć wprost ten mdły zapach natartych krzemieni. A gdzie kamień się rozpęknie, gdzie żwir się rozsunie, stamtąd źródło tryska. Woda plącze się, pluska wszędzie: czuć tu jej robotę żwawą, złośliwą, szkodną. I tak w cmentarz kamienny zmieniał się kraj mój... Olbrzymi gzyms skalny, co wisiał ponad lasem lat tysiące, jakby na mój los i dolę czekając, teraz zarwać się musiał! Zmiótł las na upłazie, przeskoczył rzekę i długim usypiskiem głazów wklinił się w tę resztę łąk po drugiej stronie... Co dzień spotykam jakichś obcych ludzi: to delegaci z akademii. Ten gzyms skalny przyniósł spod szczy­tów ciekawe skamieliny. Konający świat zwierza się ze swych tajemnic, zwierza obcym ciekawym i natrętnym oczom. Był w tym dla mnie głuchy, trawiący wyrzut i bezlitosne upoko­rzenie... I co te wielbłądy znajdą? — myślałem niechętnie. — Ułamkowych kształtów liche skamieliny. Ponumerują to, po­znaczą i będzie im się zdawało, że dawnemu światu tajemnice życia wydarli. — A ja chciałem wszak ten świat cały poza wieków krańce, poprzez czasów zawrotne dale ożywić, taje­mnicę jego ducha z mroków epok wydrzeć, moim duchem natchnąć i wskrzesić! Sztuką moją!... A teraz oto jestem mniej wart od każdego kamienia, co się spod szczytów stoczył.

Poszukując resztek żyjącego dziś jeszcze świata, ucie­kałem z zamku w jodłowe lasy po przeciwnej stronie i na te łąki na stokach i podnóżach... I wiesz, com czynił242? Oto, w drobiazgach zewnętrzności cały tonąc, czepiałem się ich wtedy jeszcze. Gdziekolwiek myśl się zwróciła, wszędzie na ból zawodu natrafiała, a ja ją koiłem, kołysałem pierwszym lepszym drobiazgiem. Oto, chodząc po łąkach, zbierałem ja­kieś kwiaty: wątłe, delikatne kielichy wysilonego pod jesień fioletu... Zimowit! — Lubiłem ten kwiat!... Spojrzyj — tu pod sufitem fryz taki wymalować sobie dawniej jeszcze ka­załem... Zresztą modną stała się nawet potem ta jego wątła barwa, to tchnienie fioletu na kielich kwiatu. I ta smukłość jego! I ta prostota w liniach! I to, że bez liści, bez łodygi wprost z ziemi jako grzyb! Lubiłem kwiat ten: — na chmur­nej jesieni wspomnienie wiosny ostatnie... Jest coś z pięknej suchotnicy w tym kwiecie... Mówią, że woni nie posiada; dla mnie miał on wysubtelnioną woń świeżego śniegu.

I patrz — takim ja byłem niewolnikiem zewnętrzności! Takem się pieścił każdą błahostką, w każdą bańkę mydlaną tylem z ducha swego kładł. I każda bańka więcej tęcz dla mnie miała, a każda tęcza więcej barw. I tak mi się świat cały z barw, z blasków, z woni i z tęcz uplatał, a pod każdym tchnieniem głębszej tęsknoty jak bańka mydlana prys­kał. Byłem jako wy wszyscy jesteście: niewolnikiem niewol­ników moich, kaprysem kaprysów mych, ofiarą ofiar moich i bańką tęczową!

Gdym raz te kwiaty po upłazach zbierał, nawinął się jeden z tych chudych, suchych starców górskich, o których śmierć w tych kątach zapomina zupełnie. Mruczał coś, wreszcie ostrym głosem wygwizdał mi z wygasłego cybucha fajki, że to zielsko jest ich klęską ostatnią: czego woda nie za­bierze, czego kamień nie nakryje, żwir nie przysypie — zabiera to zielsko. Niby nie kwiat, bo to na wiosnę owocuje, wówczas ma i liście. Od tego pada im dobytek.

Jużem kwiatów tych więcej nie zbierał, jużem na świat nawet nie wyglądał. Przepędzałem dnie całe tam w bibliotece, w narożnicy kamiennej, pod wiecznie białym i spokojnym wejrzeniem lodowca wkrysztalonego w dziwnie jasny jesienny lazur nieba.