— Siedziałem tam w narożnicy, gdzie czas się na godziny nie liczy, i skubałem niewolnie w rękach te wysilone, jesienne kwiaty wiosennych trucizn... I to pytanie miałem na ustach: „Za com ja życie oddał?”.
I to drugie w piersiach: „Czy daremna syzyfowa praca zbierania kamieni z doliny ginącej, nie warta życia motyla na trujących kwiatach?”.
I tak oto miary wszelkich wartości pokruszyły mi się w dłoniach.
A tam, poprzez okno w nyży243, widziałem, jak wówczas, trzy drogi ducha: na szczyty najbielsze drogę marzeń bezpłodnych, wydeptany gościniec w dolinę szarego życia na daremną walkę z kamieniami i krętą ścieżkę, co wierzchołkami gór i padołem przepaści wiedzie w czarne pałace, gdzie lirowe dziady królują i tłumu pochlebstwem żyją.
Zaś u góry, ponad głową moją, te dwa śnieżne szczyty po bokach lodowca, białym puchem przedziwnie osrebrzone, w jaskrawym słońcu lekkie i dyszące, niby tęskniącej ziemi pierś dziewicza... Te szczyty, lodowiec ten!... — Są przecie jakieś stałe, niezmienne wartości?
W na pół zmurszałym, czarnym pulcie u okna czytałem znowuż te słowa: „Oto tęsknot moich owoc boski, oto grób tajemnic wielkich, oto żar i płomień grzechu mego, oto stos mój kacerski!...”.
Zaś u sufitu wił się czerwoną wstęgą ten napis gotycki:
„Poucz! Rzuć rosę pewności na spragnioną ducha mojego posuchę”.
W głębi, na zamykających murową wnękę dębowych odrzwiach, pod czarną pieczęcią, te słowa ostatnie:
„Ostrożnie z nauką moją! Niech znużenie i ciekawość po miecz ten ostry nie sięga. Porani-ć niedołężną dłoń244...”.