Müller, umęczony i zajęty swymi myślami, słuchał go w roztargnieniu i niechętnie.

— Szyję dam — przerwał wreszcie — żeś ty ostatni rok spędził tam w tej narożnicy kamiennej, szukając w chmu­rach tych stałych wartości, na jakie co krok mogłeś się natknąć w życiu?

A nie otrzymując odpowiedzi, dorzucił niecierpliwie:

— Zrozumże chociaż to. Myśmy przepadli, ale wszak świat pozostał; ocaleli inni i ich dzieła. Dzieła ludzkie są jedyną trwałą wartością na świecie. Pisał ci o tym i twój ojciec.

— Dzieła?... — Hertenstein kiwał smętnie głową. — I ja tak myślałem kiedyś.

— Zaczynasz mi się uśmiechać z tępym uporem fana­tyka. Tak jest, dzieła! — krzyknął niecierpliwie.

Lecz on ujął go spokojnie za rękę i pomilczawszy chwilę:

— Ojciec mój?... On posiadł stokroć głębsze warto­ści, a wraz z nimi i tę świadomość, że one szczęścia na ziemi nie dają. Na czarne pieczęcie zamknął mi je, życie wskazał: snadź targały nim jeszcze ostatnie, te najsilniejsze rozterki... Dziś wiem, czemu po nim góry pozostać nie mogły. On był zbyt pełen kultury ducha, zbyt szerokie widno­kręgi myśli ogarnął i opanował, zbyt potężny świat w nim żył i poezją swą zbyt go przeniknął. Może brakło mu tego uświadomienia tylko, że tu twórczości być nie może: snadź245 nie był ostatnim ogniwem swego rozwoju.

Zamilkł, a po chwili: