— Przypomnij sobie jej męża — Borowskiego.
— No? — Müller mimo woli ścisnął go za rękę.
— Widzisz, w nim, po części i w tobie, jest przerost nerwu twórczego, który zwie się aktorstwem. Aktorem każdy z nich jest, z tych twórców — w mizernym otoczeniu rzeczywistości swojej... W tamtym z zamku tego nerwu nie było i być nie mogło: Jeżeliby ta twarz dumna larwę246 zniosła, larwa na niej przezroczą247 by się stała i zdradziła właściwe oblicze. On nie mógł stawać się „tym” i „owym”, bo człowiek i rzecz każda mogły być tylko lustrem jego ducha; świat zewnętrzny zbyt nikły był wobec tego, co on mu z siebie narzucać musiał... Taki nie mógł się nawet wypowiadać: zbyt głęboko sięgał; tam, gdzie jawną się staje cała mizerna nikczemność słowa, barwy dźwięku, kształtu. Taki mógł chyba przemawiać uśmiechem, spojrzeniem; już nawet nie gestem, który jest rzeczą trywialną.
Müller wsparł aż podbródek na splecionych dłoniach i zapatrzył się uważnie na niego.
— Mówisz?... — mruknął tylko.
A Hertenstein coraz to żarliwiej:
— Sztuka jest dla wszystkiego, czym targają namiętności; co się tworzy, przeradza, przetwarza; co kulturę wieków i pokoleń w jednym osobniku skupić, natężyć i prześwietlić w sobie musi. Taki to wszystko z trudem z chaosu wyłuskał i opanował, i odrzuca z siebie wraz z kawałami serca: drgające ciepłem, życiem, krwią! — Twórcą się nazywa. Zaś potem... Jeśli go głód życia pokonał, wówczas zaczyna przeżuwać to, co przeżył w sercu, i staje się literatem, artystą malarzem, artystą rzeźbiarzem, artystą muzykiem — obywatelem; czymś w rodzaju „voilà celui, qui va venir248”, jenerałem dla ludzkich czapek. — Mistrzem się nazywa... Jeśli głód ducha przemógł głód życia, wówczas pogrąża się dalej w nową głąb ciemnych zagadek i w nowe otchłanie potężniejszych jeszcze namiętności. Tam też grzęźnie, tonie i — przepada. Nazywa się dekadentem (jeśli słówko w modzie). Jest zwyrodniałym, a więc przynętą dla kruków, czymś w rodzaju: „Biada społeczeństwu, w którym...!” — jest przedwczesną mogiłą, na której powiewa zwycięski sztandar poprawnej mierności.
Hertenstein rzucił te słowa mocno i zerwał się w podnieceniu. Począł chodzić po pokoju, odprowadzany czujnym spojrzeniem Müllera.
— Ale przychodzi czas — mówił, zatrzymując się przed nim — i w rozwoju duchowej kultury czas taki przyjść musi — kiedy się ci twórcy, ci mistrze, ci wiecznie szukający, na taką dal od nas odsuną, że dla naszych oczu maleje, obojętnieje i znika wzajemna ich odległość. Bo oto duch ujrzał ich wszystkich we właściwym świetle życiowych zabiegów i daremnych wzlotów. Poprzez ciemnie zagadek, poprzez otchłanie namiętności i cierpień, poprzez bankructwa wszelkich wartości, poprzez zmierzchy bogów wszystkich, wydostaje się na świty wiecznych wartości. Oto się przerodził, przetworzył, kulturę czasów skupił, natężył, głodem własnej duszy prześwietlił i ponad nią się wzbił... Aż tam, na te najwyższe, najbielsze szczyty, na których nic rosnąć już nie może! — Taki wcale się nie nazywa: i to jest jego dumą.
— Czyś ty... — (Hertenstein stał tuż nad nim i mówił z wzrastającym wciąż żarem) — czyś ty głębią duszy nie wyczuwał czegoś brutalnego, czegoś z obłudy i aktorstwa w sztuce każdej: ułamek, fragment, mierna cząstka stara się oto wielkie twe oczekiwania oszukać, ducha omotać i wśliznąć się w twe serce... Czyś ty nigdy nie czuł, że sztuka to nie jest rzecz dostojna? — A ci jej kapłani?... Żaden człowiek tyle poniżeń nie zniesie, ile ten, co triumfu oczekuje. Ta kręta ścieżka wierzchołkami gór i padołem przepaści — to nie jest droga dla ludzi godnych!