Dzieła, mówisz? — Gdzie miara tych dzieł sztuki? W hałaśliwym młynie ludzkich gawęd? Na targowisku próżności? Na pstrym kiermaszu, gdzie lada poliszynel249 tłumy bawi, lada pierrot250 sentymentalny je wzrusza, gdzie narodowa chorągiewka już je dostatecznie podnosi? Gdzie zła wola, gnuśny nawyk ducha i tępy upór borykają się z każdą nową myślą?... Wreszcie, kto te dzieła tworzy? Najbogatsi, najsubtelniejsi duchem? Tych wnet duma lub serce zgubi; kruki roznoszą potem ich szczątki żabom na żer. Bo zawsze i wszędzie przetrwają tylko najbardziej dopasowujące się, ostrożnie zimne, żabie natury. To mi twórcy! Pokaż mi ich, przypomnij wszystkich, abym mógł doszczętnie wzgardzić...
— Sztuką?! — parsknął Müller, zaskoczony tym wnioskiem.
— I samo słowo mi obmierzło!
— Dalekoś zaszedł.
— Chodź i ty! Znajdziesz ten spokój, jaki daje wzgarda. Pokonasz klęskę swego życia, gdy raz powiesz sobie...
Hertenstein urwał. Płomyk niepewności przemknął mu po twarzy, jakby raz jeszcze zawahał się, czy z tym człowiekiem warto mówić o tym: — te połyskujące oczy suchotnika czaiły się tak chytrze, wświdrowywały się w niego już gotową złośliwą ironią.
— Hm? — Müller wydymał wargi. — Taak?... No, to było do przewidzenia, że ciebie zahipnotyzują te górskie szczyty.
— Twoja myśl do grobu nawet chce tylko zapełzać.
Wyczerpała się cierpliwość Müllera.
— Ślepy ty! — wołał, zbliżając się do niego. — Czy ty nie rozumiesz, że jeśli w nas tkwiła jakaśkolwiek ludzka wartość, to jedynie ta, co zbudzona bodaj grzechem i rozpaczą rwie się do słowa, do barwy, do kształtu, do dźwięku? Że to są jedynie jasne chwile naszego życia, „które nasz byt usprawiedliwiają” (jakeś sam to kiedyś mówił), że wtedy wszystko, co lepsze w człowieku, woła najszczerszym bólem: „Grać chcę!” — „Pisać chcę!” — „Tworzyć chcę!...”.