Hertenstein potakiwał spokojnie i chłodno, z uśmiechem wyrozumienia, jakby z góry będąc pewnym, co mu w tej chwili powiedzą.
Po chwili otrząsł zadumę i, chodząc po pokoju, mówił jakby do siebie:
— To tajemne i bądź co bądź najczystsze płomię życia... — Ono spaliło was wszystkich, którzy byliście jeszcze cośkolwiek warci: Borowskiego, Jelsky’ego, ciebie...
I jakby unikając wzroku Müllera, odwrócił się nagle i cofnął ku oknu. Ten aż przechylał się na kanapie, wpijając się w niego spojrzeniem już tylko zdumionym. Niebawem wszakże odgarnął jakby swe podejrzenia na bok i, chcąc wybadać ostatecznie, spytał.
— Więc tkwią przecie w tej pogardzonej przez ciebie sztuce jakieś szlachetniejsze, trwalsze pierwiastki, wartości wieczne...?
— Udzielające się na detal — wpadł mu twardo w słowa — za jarmarczne ceny powodzenia.
— Więc są jednak wieczne wartości?!
— Te nie udzielają się ani za jarmarczne, ani za żadne inne ceny. One, jeśli się w człowieku rodzą, w nim też i pozostają. Dla nich nie ma wyrazu. One są milczeniem: jak Bóg, jak fatum!...
Müllerowi iskrzyły się już tylko oczy. O nic już nie pytał, na nic odpowiadać nie zamierzał. — „A więc taak?...” — pomyślał wreszcie i, zapaliwszy papierosa spoglądał ze swego kąta na kanapie, spoza obłocznego dymu chmurnie i ponuro. — „A więc już tam? Oto na co ty mi czekać kazałeś!”
— Słuchaj, Henryk — zapytał nagle, jakby chcąc się utwierdzić w swych domysłach — te odrzwia dębowe pod czarną pieczęcią we wnęce muru — tam — w twojej bibliotece?...