— Zerwałem pieczęcie! — dokończył Hertenstein w głę­bokim serdecznym przydechu.


Tym razem obaj nadsłuchiwać poczęli. Bo oto w cichą ulicę wpadł nagle prędki i donośny tętent, potoczył się lekko powóz za nim drugi: oba zatrzymały się tuż pod oknem.

Hertenstein przepłoszył się i, zapomniawszy nagle o wszystkim, zakrzątał się gorączkowo koło stołu.

— Zostań! — krzyknął. — Od dwóch dni ona tu jest — rzekł wreszcie z trudem... — Nie — zostań!... Po pięciu la­tach po raz pierwszy... przedwczoraj. Dlatego to wszystko tak żyje w myślach... Dlatego wczoraj między was uciekłem, dla­tego opowiadałem dziś... I dlatego to wszystko o koniec swój dopomina się natrętnie.

Po chwili unikając wzroku Müllera:

— Na koncerty swe przyjechała... Dotychczas omijała to miasto. W Ameryce przeważnie... Dziś tutaj śpiewała. Odwożą.

Jakoż, nagłym, prawie melodyjnym i lekkim truchtem, zadudniło znowuż na brukach. Jeszcze jeden, tuż za nim drugi powóz.

Müller z trudem przenosił uwagę w tamtą stronę. Tarł oczy dłońmi, spoglądał na portret na ścianie, to znów na bladą twarz Hertensteina. I gdy z ulicy dochodzić już poczęła wrzawa, jemu przyniósł przekorny zwrot myśli te słowa Leopardiego:

I być tylko cieniem,