Którego skrzydła anielskie unoszą

Między nicością i grobów marzeniem...

I kobieta, myśl o niej, wydała mu się w tej chwili czymś brutalnym.

— Może zechce zajść tutaj — mówił tymczasem Her­tenstein, odzyskując widocznie spokój. — Na pewno nawet... O mnie milcz... Zresztą, wszystko dawno już zapomniane: czas pogrzebał. Ci, co żywi z daleka od życia stoją, jadą naj­szybciej: umierają nawet w sercach najbliższych. Uczucia ludzkie podlegają nieczystym prawom ruchu. Wiedzą o tym ci, co pragną pozostać w serdecznej pamięci kobiety lub tłumu... Słuchaj! — jadą.

Z tych bezwładnych ogólników wnioskował Müller, że Hertensteinowi zapomniano tam więcej, niźli zapomnieć nale­żało, że pogrzebano nawet te wielkie pokładane w nim nadzieje i że stosunek obojga czas zmienić musiał znacznie.

Na dworze stało kilka karet i powozów. Konie parskały, bijąc niecierpliwie kopytami o bruki. Słychać było głośną rozmowę.

— Ona! — szepnął jeszcze Hertenstein.

Krzyk, wrzawa, jakiś rojny tumult wypełnił nagle ciemną ulicę, jakby cały gwar miasta buchnął nagle w te zaciszne strony.

— Konie wyprzęgli — tłumaczył Hertenstein — wiozą... Młodzież.

Jeszcze dwa, trzy powozy; — nagle cisza; — skrzyp otwieranej bramy i...