Z kilkudziesięciu piersi okrzyk jeden, co echem potężnym we wszystkie okna uderzył, zaszeleścił liśćmi na drzewach.
— Brawo!... Brawo!... Niech żyje!... Zostać u nas, nie wyjeżdżać... Zostać!... Wiwat!
Zaś im w pokoju rozjaśniały się bezwiednie chmurne twarze, krew jakby uderzała do głowy, rozchylały się nozdrza: wdychali to zawrotne tchnienie, co trupa nawet zgalwanizować potrafi. Müllerowi zadrgało coś nawet koło policzków, oczy poczęły mrugać migotliwie i łza drobną krętą strugą przewinęła się po twarzy.
I być tylko cieniem
................
Między nicością a grobów marzeniem??...
A tam za oknem bezładne klaskania w ręce, rojenie się tłumne, krzykliwe i uparte. Ponad tym to parskanie koni i granie podków na brukach.
Wreszcie jeszcze jedno, tym razem opętane już wprost zerwanie się krzyku, przecięte mocnym zatrzaśnięciem się wrót. Ruszyły konie, potoczyły się powozy. — A tłum się rozsypał.
Müller nie dobrze wiedział, co potem było. Za chwilę uchyliły się drzwi: jakiś człowiek wniósł olbrzymi ciemny wieniec, inni nieśli kosze, bukiety, kwietne liry, rzucali całe stosy luźnych wiązanek. I wraz z tą pełną, odurzającą wonią i barwnymi tęczami kwiatów weszła do pokoju jakaś jasność, blask, przepych oraz to duszne, zawrotne tchnienie władzy i triumfu.
Müller kłaniał się, głowę chylił. „ONA — sztuka!” — przynosiło mu wspomnienie.