Ave, Regina!” — szeptały niedosłyszalnie drżące wargi.


Rojna i gwarna, korna i władna — fama królewska!... Czuć ją było tu naokół. Wraz z przepychem kwietnych woni nasycała pokój wciąż jeszcze tym szalejowym upojeniem triumfu. Obaj widzieli niemal tę salę, w morzu świateł jaskrawą, od barwnych tłumów rojną, słyszeli przyśpieszone serc bicia, tłumione oddechy; czuli prawie te z setek serc ludzkich wy­darte uczucia, co rojem białych ptaków łopocą się po sali. I w tę wsłuchiwali się chwilę, kiedy ta cisza łamie się w na­głym okrzyku gromadnej duszy: w grzmocie, w huraganie oklasków... W oczach iskrzyły im się tylko tęcze kwiatów, co po brzegi wypełniły pokój: mieniły się purpurowe, żółte, białe plamy, wirowały, zda się, te wielkie ciemne koła laurowych wieńców, snuły się jak węże czerwone ich wstęgi. I zdawało się niemal, że te kwiaty niby barwne pychy sypią się i sy­pią bezszelestne; że te wstęgi biją się wichrowo i fale ich mącą się jako zwycięskie sztandary.

Wielkiej artystce!” — odczytywali złotymi zgłoskami na tych purpurowych wstęgach.

Ona tymczasem kazała bratu zdjąć sobie z ramion białą pelerynę i wyczerpana rzuciła się w głąb fotelu.

— Zlituj się, Henryk, wyjdź tam, do tych, którzy się jeszcze naprzykrzają. Podziękuj już zimno tylko i powiedz, że... że jestem nieżywa — zaśmiała się nagle. — Kwiatów tu nadsyłanych nie pozwól przyjmować. Dosyć tego! Basta!... Nie mogę.

Jej jasne suknie, o tym delikatnym tchnieniu zimowitowego fioletu, wchłonęły, zda się, w siebie połyskliwą jasność i blask koncertowej sali. Bujny biust, od martwej, sinej bieli pereł na szyi, zdawał się tym bielszy, tym jędrniejszy, tym większym pulsujący życiem. Głęboki ton mahoniowych wło­sów złocił się i mienił w błyskawicowych refleksach od bry­lantowego diademu. Promieniała jasnością.

I tak na wpół leżąc w niskim fotelu, uśmiechała się prze­lotnie do nich obu, ale tym uśmiechem z estrady: odrucho­wym i zimnym. Zmęczona była.

Pierś jej falowała jeszcze miękko, pulsowały nozdrza. W czarnych głębiach oczu iskry podniecenia wciąż jeszcze gasnąć nie chciały. Po twarzy przemykały się raz po raz błędne płomyki rozkosznego upojenia. Uśmiech igrał na ustach, gasł i znowuż się wysilał: raz wesoły i psotny, to znów smutny, wreszcie dziwnie rozmarzony. Wargi, tą pulsującą krwią nabiegłe i żywe, omiękły jakby i zwilgotniały: senne, znużone, upojenia pełne, oczekiwały, zda się, na pocałunek — pocałunek od tłumu.