Śnieżne ramię wyśliznęło się jak giętki wąż z długiej rękawiczki. Rękawiczka ta usunęła się niebawem na ziemię. Hertenstein schylił się po nią machinalnie i zatrzymał w swych dłoniach. Uśmiechnęła się doń znowuż tym błędnym, zdawko­wym uśmiechem z estrady.

— Zapomnij już! — rzekł jej niechętnie.

— O tym koncercie?... Ach, już bym sama pragnęła! Chciałabym już teraz o wszystkim zapomnieć, wtulić się gdzieś w kącik jak dziecko...

I przegiąwszy z lekka szyję, przylgnęła twarzą do mięk­kiego oparcia fotelu; przymrużyła nawet oczy.

— Ale! — ocknęła się wnet i rozpromieniała nagle. — Po pierwszej części rozkazano mi na górę — do loży.

— Był kto? — pytał Hertenstein niedbale.

— Sami! — dorzuciła z naciskiem.

— A?!...

Rozkołysała bieguny fotelu i, patrząc gdzieś w sufit, opowiadała śpiewnym, niedbałym, nieco drwiącym głosem:

— Zostałam miłościwie pochwalona za uczucie i inteligencję.