— Pa! — sarknął.
— Niby przez nią — mówiła przeciągle, patrząc wciąż gdzieś w sufit. — Słyszano już mnie gdzie indziej... W Tristanie i Izoldzie. Mam być nieporównaną: unattainable.
— A on?
— Znacznie wytworniej. Wplatał swe pochwały w rozmowę. Prowadził ją przy tym tak, że nie potrzebowałam ani razu dygnąć... O, to dyganie jest rozpaczliwe! — zaśmiała się nagle głośno i dźwięcznie. — Życzył sobie, abym pozostała na stałe w tutejszym teatrze. Równa się to rozkazowi dla mnie i dla intendentury... Toteż intendent dziś jeszcze tutaj napastować mnie chciał...
Hertenstein powstał gwałtownie i odsunął energicznie krzesło.
— Henryk — szepnęła i uniosła cokolwiek rękę, jakby chcąc go po włosach musnąć, gdy się do tej dłoni pochyli. A że czekała daremnie:
— Nie bądź taki sztywny!... Widzisz, oni mnie tam swymi hołdami zawsze rozkapryszą. Boję się potem jak dziecko każdej surowej twarzy... A wiesz — uniosła się nieco, przytuliła na chwilę twarz do jego ramienia — mimo zakazu — (nie gniewaj się!) — mimo zakazu śpiewałam aż trzy wasze...
Rzucił ramionami.
— Po co?
— No, ludzie szaleli po prostu! Dziennikarze nagabywali mnie aż tutaj w bramie. On się nawet zainteresował: czyja melodia, czyje słowa.